I śmiech niekiedy może być nauką,
Kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa;
I żart dowcipną przyprawiony sztuką
Zbawienny, kiedy szczypie, a nie kąsa;
I krytyk zda się, kiedy nie z przynuką,
Bez żółci łaje, przystojnie się dąsa.
Szanujmy mądrych, przykładnych, chwalebnych,
Śmiejmy się z głupich, choć i przewielebnych.
{Ignacy Krasicki, "Monachomachia"}

Śmiech to zdrowie!

Dobry żart tynfa Tymf (tynf) – potoczna nazwa pierwszych polskich monet, bitych ze stopu srebra z miedzią obniżającą ich wartość. wart!

Ze śmiechem Mikołaj Gogol należy obchodzić się ostrożnie: jest zaraźliwy.

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

dowcip [wg Definicje PWN]
  1. «powiedzenie zawierające treść komiczną, pobudzające do śmiechu; anegdota, żart, kawał»
  2. «zdolność spostrzegania, wychwytywania śmiesznych cech, stron, zjawisk, zdarzeń i ludzi oraz przedstawiania ich w zabawny sposób»
  3. daw. «rozum, inteligencja; talent, spryt»

Kawały polityczne

Dedykacja

Strona ta jest dedykowana szczególnie młodym, którzy nie wiedzą, czym naprawdę był sowiecki komunizm (czerwona zaraza) oraz PRL Polska Rzeczypospolita Ludowa, bo go na szczęście dla siebie nie doświadczyli, ale dzisiaj są celem nowej marksistowskiej totalitarnej ideologii (tęczowej zarazie) oraz wspierającej ją zmasowanej, nachalnej propagandy, uskutecznianej przez przez media głównego nurtu.
Ma ona zachęcić do samodzielnego myślenia oraz poważnego, krytycznego spojrzenia na rzeczywistość - dla własnego i wspólnego dobra.

Czytając lub opowiadając, lub śmiejąc się z dowcipów politycznych należy pamiętać, że są one również specyficznym zapisem historii Polski i Polaków. Do ich poprawnego zrozumienia potrzebna jest znajomość historii. Dlatego zachęcam do sięgnięcia po najnowsze publikacje rzetelnych historyków, które pokazują czym naprawdę był sowiecki system oraz PRL.

Śmiech przez łzy

O tym, czym był naprawdę był PRL pokazuje sposób w jaki rozszyfowali go dowcipni Polacy: PRL - Prywatne Rancho Leonida. Uzupełnieniem tego dowcipu, potwierdzającym wasalne relacje między państwami bloku sowieckiego i ZSRR, jest dowcip atłumaczący po polsku skrót DDR, oficjalnej niemieckiej nazwy NRD - Deutsche Demokratische Republik: DDR - Dodatek Do Rancha.

Państwa włączone do bloku sowieckiego były określane jako Kraje DEMOkracji LUDowej (oficjalny skrót: KDL-e, potocznie: demoludy). Czym była demokracja ludowa wyjaśnia kolejny kawał: Demokracja ludowa ma tyle wspólnego z demokracją, co krzesło elektryczne z krzesłem.

Politycy oraz propagandziści komunistyczni wychwalali ustrój sowiecki jako jedyny zapewniający równość wszystkich, z  wyjątkiem jego rzeczywistych i wyznaczonych przez partię wrogów. Na czyn polegała w praktyce ta urzędowa równość wyjaśnia poniższy dowcip, przypomniany ostatnio przez prof. Aleksandra Nalaskowskiego: Socjalizm to ustrój, w którym władzę zrównano z dyrektorami fabryk, dyrektorów fabryk z robotnikami, robotników z chłopami, a chłopów z ziemią.

Czasy PRL-u, w których głównym celem KDL-i było rozwiązywanie problemów, które nie występowały poza blokiem sowieckim, wymyślanie i opowiadanie kawałów politycznych było integralną częścią życia codziennego. Kawały takie tworzyli zwykli ludzie obserwując to co się dzieje w przestrzeni publicznej. Część dowcipów politycznych była dziełem aktywistów partyjnych. Mimo istnienia cenzury państwowej i niestrudzonej pracy Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w publikacjach oraz w tekstach kabaretowych i dialogach filmowych były przemycane w sposób inteligentny żarty z systemu politycznego.

To, że inwigilacja i cenzura były codziennością w PRL-u pokazuje w sposób prześmiewczy m.in. film "Rozmowy kontrolowane", w szczególności jego póltoraminutowy fragment 1:10:00-1:11:30.

Cenzura, nawet korespondencji prywatnej, jest stosowana szczególnie chętnie i na szeroką skalę w krajach, w których politycy są niepewni swojej legitymacji do sprawowania władzy. Do takich krajów należał PRL oraz inne KDL-e. W okresie stanu wojennego (13 XII 1980-22 VII 1983) działanie cenzury korespondencji prywatnej było demonstrowane publicznie, m.in. za pomocą pieczątek na kopertach, co miało pokazać determinację władzy politycznej oraz wyrobić w Polakach przekonanie, że kontroluje ona wszystkie obszary życia, a przez to zniechęcić społeczeństwo do oporu.

Do tworzenia i rozumienia inteligentnych dowcipów potrzebna jest znajomość kodu językowego, ważnego na danym obszarze i w danym czasie. Z tego powodu teksty uważane za dowcipne na pewnym obszarze mogą nie być uznawane za takie na innym. Podobnie dowcipy, cieszące się powodzeniem w pewnym okresie, mogą być niezrozumiałe później ("co w tym śmiesznego").

Umiejętne używanie kodu językowego umożliwiało obchodzenie cenzury. Dzięki temu powstawały w PRL-u m.in. niektóre tzw. filmy kultowe, np. "Rejs" (1970), "Miś" (1980), "Seksmisja" (1983) itd. Dialogi w filmie "Seksmisja" zawierają m.in. takie zdanie, wypowiedziane przez Maksa po wyjściu na powierzchnię ziemi, kiedy zastanawiali się, w którym kierunku należy iść: Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja. Po usłyszeniu tego zdania cała widownia wybuchała serdecznym śmiechem. Z czego się śmiano? Dowcip polega tu na zestawieniu słów "wschód" i "cywilizacja", które odbierano jako przeciwstawne.

O stosunku polskiego społeczeństwa do kierunku "wschodniego" świadczy również inny przykład.
Władze komunisyczne wykorzystywały do propagandy politycznej również działalność działaczy kultury. Otaczały szczególną opieką jawnych oraz ukrytych apologetów systemu. Obdarzani wględami władzy literaci rewanżowali się jej twórczością, która służyła pozyskaniu przychylności społeczeństwa dla demokracji ludowej, partii i jej głównej podpory, tj. Związku Sowieckiego.

Ważną rolę odgrywała tutaj piosenka. O tym świadczy fakt, że w Zielonej Górze odbywał się przez 25 lat (1965-1989) Festiwal Piosenki Radzieckiej, którego formalnym organizatorem było Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (TPPR), a którego przedłużeniem był w latach 2008–2013 Festiwal Piosenki Rosyjskiej.

Przedmiotem takich zabiegów było również Wojsko Polskie - formacja stanowiąca, obok służb milicyjnych, zbrojne ramię PRL-u. Polaków cechuje duża, naturalna sympatia do polskiego wojska. Na tej sympatii bazowała propaganda partyjna, która miała w tym przypadku ukryć fakt, że polska armia nie służy de facto Narodowi i obronie suwerenności Państwa, ale sowietyzacji polskiego społeczeństwa oraz umacnianiu systemu sowieckiego (patrz Operacja "Dunaj" - inwazja wojsk państw Układu Warszawskiego (Układu o Przyjaźni, Współpracy i Pomocy Wzajemnej)) w roku 1968.

Władze PZPR uznały, że i w tym przypadku najlepszą formą propagandy będzie festiwal piosenki. Otrzymał on nazwę Festiwalu Piosenki Żołnierskiej, jego organizację powierzono Głównemu Zarządowi Politycznemu Wojska Polskiego (GZP WP) i odbywał się od roku 1968 w Kołobrzegu.

Z uwagi na te okoliczności tematyka piosenek produkowanych na tym festiwalu nie mogła odbiegać bardzo od ideologicznych wytycznych organizatora. Jednym z autorów tekstów piosenek, spełniających te wymagania był Janusz Przymanowski, znany jako współautor scenariusza serialu telewizyjnego "Czterej pancerni i pies". Napisał on tekst piosenki pt. "Myśmy są wojsko" (lub "Witaj Zosieńko"), którą na Festiwalu w Kołobrzegu zaprezentował w 1976 roku Daniel Kłosek.

Refren tej piosenki zawiera słowa "Witaj, Zosieńko, otwórz okienko na wschodnią stronę". Zostały one skomentowane w następujący sposób; Gbybym nie wiedział, że to głupota, to pomyślałbym, że to prowokacja.

Z jednej strony, tworzenie kawałów politycznych można przyrównać do masowej twórczości satyrycznej na tematy społeczno-polityczne, opowiadanie kawałów - do uprawiania krytyki ówczesnej reczywistości, a śmianie się z dowcipów do terapii - odreagowania stresów i emocji, których w dużej ilości dostarczało życie codzienne w sowieckim systemie. Z drugiej strony, tempo pojawiania się nowych kawałów politycznych i ich liczba w obiegu oraz tematyka były, w przerwach między kolejnymi publicznymi manifestacjami niezadowolenia społecznego, miarą dysfunkcji tego systemu oraz dezaprobaty społecznej.

Dlatego władze komunistyczne monitorowały rynek dowcipów politycznych, co było codziennym zadaniem ubecji aparatu bezpieczeństwa PRL-u. Ich stosunek do kawałów politycznych był ambiwalentny - były one swoistym wentylem bezpieczeństwa, pomagającym zachować spokój społeczny, jak również formą krytyki politycznej, rozbudzającej emocje, co groziło wybuchem protestów społecznych. Zbieranie i przetwarzanie takich informacji przez komunistyczne państwo było istotną częścią jego systemu wczesnego ostrzegania. Informacje z niego władze wykorzystywały w praktyce.

Ilustracją tego jest poniższy kawał, rozpowszechniony w tamtych czasach.

I sekretarz KC PZPR Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej codziennie dowiaduje się o nastroje społeczeństwa.
- Co robią ludzie, płaczą czy śmieją się?
- Towarzyszu I Sekretarzu, płaczą.
- Dalej dokręcać śrubę.
Innym razem:
- Towarzyszu I Sekretarzu, śmieją się.
- Poluzować trochę śrubę.

Propaganda partyjna wymyślała hasła agitacyjne, których celem było tworzenie schematów myślowych. Hasła te, wykorzystywane jako nagłówki gazet, napisy na transparentach i w przemówieniach partyjnych funkcjonariuszy, miały najczęściej formę zbitek słownych, które wzbudzały śmiech i stanowiły pożywkę dla kawałów.

Można sądzić, że ten rodzaj społecznego "dialogu" w czasach PRL-u był kontynuacją tego z czasów okupacji niemieckiej podczas II wojny światowej. Kiedy w okupowanej Warszawie pojawiły się niemieckie transparenty z napisem "Jedźcie z nami do Niemiec", spece od "małej dywersji" przerabiali go na "Jedźcie sami do Niemiec".

Do propagandowych sloganów, które miały wytworzyć w społeczeństwie przekonanie, że jedynym możliwym, najlepszym rozwiązaniem dla kraju jest przewodnia rola PZPR, należało m.in. hasło "Partia z narodem, naród z partią". Odpowiedzią na nie było: "Partia z narodem, naród z Kościołem". Jeszcze inną parafrazą, z czasów piekgrzymki Ojca Św. Jana Pawła II do Polski w 1979 roku było: "Kościół z narodem, naród z Kościołem". Z kolei reakcją na slogan "Mówimy partia, myślimy Lenin. Mówimy Lenin, myślimy partia." był komentarz "Co innego myślimy, a co innego mówimy".

Dzięki swojej zwięzłości, dosadności i humorowi sytuacyjnemu dowcipy polityczne oddawały jednoznacznie stosunek społeczeństwa do panującego systemu politycznego oraz jego reprezentantów.

Pewien człowiek miał papugę, którą nauczył powtarzać "Oby Stalin umarł". Usłużny sąsiad doniósł na niego na milicję. Po pewnym czasie właściciel papugi dostał wezwanie do sądu, gdzie miał stawić się z papugą. Przed pojściem do sądu pożyczył od księdza identyczną papugę, która umiała recytować pieśni kościelne. Na rozprawie sędzia, aby sprowokować papugę wykrzyknął "Oby Stalin umarł", ale papuga milczała. Teraz sędzia i obecni na sali pracownicy sądu powtórzyli okrzyk "Oby Stalin umarł". I tym razem papuga nie zareagowała. Wtedy na znak sędziego wszyscy obecni na sali zawołali razem "Oby Stalin umarł". Na to papuga odezwała się "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud".

Sekretarz lokalnego komitetu PZPR na Podhalu namawia do wstąpienia do partii bacę, który jakoś nie ma na to ochoty i zadaje mu pytania naprowadzajace.
- Gazdo, oddacie partii konia?
- Oddom.
- Dobrze, a krowę?
- Tyz oddom.
- Bardzo dobrze, a owieczki oddacie?
- Nie oddom.
- A dlaczego, gazdo?
- Bo mom.

W 1946 roku na posterunek milicji przybiega chłop i krzyczy:
- Amerykańscy żołnierze ukradli mi krowę!
- Spokojnie, u nas nie ma amerykańskich żołnierzy. Jak wyglądali?
- W kufajkach, walonkach, zarośnięci, śmierdzieli bimbrem.
- To byli radzieccy żołnierze.
- Ale ja tego nie powiedziałem!

Odbywało się szkolenie propagandzistów partyjnych. Na końcu instruktor zapytał kursantów, czy już wiedzą jak należy agitować za komunizmem. Jeden z nich poprosił go o podanie konkretnego przykładu tej świetlanej przyszłości.
Instruktor wskazał ręką na przejeżdżający za oknem traktor "Ursus" i powiedział:
- Widzicie, teraz jedzie tu tylko jeden ciągnik, a w komuniźmie będzie tu jechał jeden ciągnik za drugim.
Po kursie, świeżo upieczony propagandzista pojechał na agitację w teren. Swoją pogadankę chciał okrasić przykładem, poznanym na szkoleniu, ale akurat nie przejeżdżał żaden traktor za oknem. Zauważył jednak idącego drogą wiejskiego dziada.
Zwrócił się wtedy do słuchaczy:
- Widzicie, teraz idzie drogą tylko jeden dziad, ale kiedy nastanie komunizm, to będzie tu szedł jeden dziad za drugim.

Bolesław Bierut postanowił złożyć "gospodarską wizytę" w szpitalu.
Najpierw odwiedził pacjentów, którzy zaśpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła". Następnie odwiedził pacjentów umysłowo chorych, którzy krzyczeli "Niech żyje towarzysz Bierut!".
Ochroniarz Bieruta zauważył, że strażnik szpitalny nie wiwatuje i pyta go:
- A towarzysz dlaczego nie krzyczy?
Na co strażnik:
- A czy ja jestem umysłowo chory?

Agitator partyjny na zebraniu wiejskim zachwala osiągnięcia władzy ludowej.
- W burżuazyjnej Polsce jedna połowa ludzi we wsi nie umiała pisać, a druga czytać.
- A teraz jest na odwrót.

- Z powodu wrogich działań kapitalistycznych imperialistów oraz ich pachołków w kraju
Polska Ludowa stanęła na krawędzi przepaści. Ale umocnimy socjalizm i zrobimy krok do przodu.

- Jaka jest rola związków zawodowych w kapitalizmie?
- Mają bronić robotników przed ustrojem.
- A w socjalizmie?
- Odwrotna niż w kapitalizmie.

28 października 1950 roku Sejm uchwalił ustawę o zmianie systemu pieniężnego (Dz.U. 1950 nr 50 poz. 459) oraz ustawę o zakazie posiadania walut obcych, monet złotych, złota i platyny oraz o zaostrzeniu kar za niektóre przestępstwa dewizowe (Dz.U. 1950 nr 50 poz. 460). Posiadanie na obszarze Państwa bez zezwolenia Komisji Dewizowej walut obcych, monet złotych, złota lub platyny było zagrożone karą więzienia, a obrót wszelkiego rodzaju walutą obcą, monetami złotymi, złotem lub platyną bez zezwolenia Komisji Dewizowej podlegał karze wíęzienia albo dożywotnego więzienia albo karze śmierci.

Zakaz posiadania wartości dewizowych obowiązywał do wejścia w życie rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 7 listopada 1956 r. zmieniającego rozporządzenie z dnia 15 kwietnia 1952 r. w sprawie wykonania ustawy dewizowej (Dz.U. 1956 nr 50 poz. 223), zaś zakaz obrotu dewizowego zniosła dopiero ustawa z dnia 15  lutego 1989 r. Prawo dewizowe (Dz.U. 1989 nr 6 poz. 33).

O wymianie pieniędzy w roku 1950 Jerzy Kochanowski napisał, że było to "Dziesięć dni, które wstrząsnęły portfelem". Aby odreagować tę niezapowiedzianą "reformę", ludzie opowiadali o niej dowcipy. W swojej publikacji Kochanowski przytoczył następujący dowcip w formie rozmowy:

- Jak wyszedłeś na wymianie?
– Zrobiło się troszkę pieniędzy.
– Co mówisz! W jaki sposób?
– Było dużo, zrobiło się troszkę.

Inny dowcip z tej serii:

- Jak z wymianą u ciebie?
– Straciłem tysiąc złotych...
– Co, tylko tyle?
– ...dolarów”.

Zakaz posiadania obcej waluty i złota spowodował, że wielu obywateli sięgnęło po łopaty i zakopało swoje oszczędności. Władze korzystały z donosów, aby zdobyć te ukryte skarby. Ilustracją tego jest poniższy kawał.

Syn odwiedza w areszcie śledczym ojca, który został aresztowany wskutek donosu, że posiada ukryte złoto. Przy rewizji nie znaleziono nic, ale władza trzyma go w areszcie, aby zmiękł.
Ojciec, martwi się, że wiosna już blisko, ziemia w ogrodzie nie jest przekopana a nie wiadomo jak długo będzie jeszcze siedział. Syn pociesza ojca, mówiąc, że rozwiąże ten problem.
Po powrocie do domu wysyła do UB anonim z informacją, że złoto jest zakopane w ogrodzie. UB przyjeżdża i przekopuje cały ogród. Przy następnych odwiedzinach syn może już uspokoić ojca.

Jednym z głównych sposobów pacyfikacji duchowej społeczeństwa w PRL-u oraz zadań reżymowej propagandy było wykorzystywanie dialektycznego kłamstwa o rozwoju społeczeństwa i nieustanne przekonywanie Polaków, że komunizm jest nieuniknioną konsekwencją rozwoju i patriotycznym obowiązkiem jest służba PRL, ludowej ojczyznie. Wyrazem tego były m.in. hasła: "Nauką i pracą budujemy Polskę ludową" lub "Polska Ludowa ukoronowaniem tysiąclecia naszego państwa". Ilustracją odzewu Polaków na tę komunistyczna retorykę, a zarazem oceny "zasług" PZPR-u w budowie tej ludowej ojczyzny mogą być m.in. poniższe dowcipy.

- Szczyt patriotyzmu w PRL-u?
- Płacić składki partyjne w dolarach.

- Szczyt kardiochirurgii w PRL-u?
- Przeszczepić socjalizm z d... do serca.

We władzach PRL-u ludzie pochodzenia żydowskiego mieli nadreprezentację. Zajmowali najwyższe stanowiska państwowe, przede wszystkim w  tzw. resortach siłowych i resorcie spraw zagranicznych, oraz aparacie partyjnym, czyli należeli do "grupy trzymającej władzę". Jednym z jej prominentnym reprezentantów był Marian Spychalski, który w 1963 roku otrzymał stopień marszałka Ludowego Wojska Polskiego (LWP), a do którego w okresie kampanii antysemickiej, prowadzonej w ramach walk frakcyjnych w PZPR w 1968 roku przylgnęło miano "Moniek". O nim opowiadano wtedy poniższy dowcip.

W mieszkaniu państwa Spychalskich dzwoni telefon. Telefon odbiera Barbara, żona Mariana i słyszy w słuchawce:
- Czy Moniek jest w domu?
- To musi być jakaś pomyłka. To jest mieszkanie marszałka LWP Mariana Spychalskiego.
Po chwili znowu dzwoni telefon.
- Chciałem rozmawiać z Mońkiem.
- Już raz mówiłam, że tu nie ma żadnego Mońka. To jest mieszkanie marszałka Mariana Spychalskiego.
Za chwilę, po raz trzeci odzywa się dzwonek telefonu. Słuchawkę podnosi znowu pani Spychalska i słyszy:
- Czy mogę rozmawiać z marszałkiem Ludowego Wojska Polskiego Marianem Spychalskim?
- Moniek, telefon do ciebie.

Ludowe Wojsko Polskie nie różniło się od pozostałych służb mundurowych PRL-u. I tu trzon formacji tworzyli ludzie dobierami według zasady "mierny, ale wierny". Kadra wojskowa i jej potencjał intelektualny były przedmiotem różnych, mniej lub bardziej cenzuralnych, kawałów. Cechą tych dowcipów jest to, że dowódcy wypadają w nich gorzej niż ich podwładni. Poniżej próbka humoru wojskowego.

Na poligonie plutonowy wydaje swojemu plutonowi rozkaz:
- Macie tutaj kopać rów. Czy są jakieś pytania?
- Jak mamy go kopać?
- Od miejsca, gdzie stoję do południa. Zrozumiano?
- Tak jest, obywatelu plutonowy!

Plutonowy szkoli szeregowych:
- Woda wrze w temperaturze dziewięćdziesięciu stopni.
- A nas uczono w szkole, że woda wrze w temperaturze stu stopni!
- Niemożliwe! - stwierdza plutonowy. Po chwili zerka do swoich notatek i mówi:
- Tak, macie rację. Woda wrze w temperaturze stu stopni, a dziewięćdziesiąt stopni to kąt prosty!

Sierżant pyta:
- Szeregowy Kowalski, z czego zrobiona jest lufa karabinku AK?
- Ze stali.
- Dobrze. Z czego zrobiony jest zamek karabinku?
- Też ze stali.
- Źle, szeregowy.
- Dlaczego źle?
- Bo w w książce napisano: "Zamek zrobiony jest z tego samego materiału."

- Szeregowy Kowalski, powiedzcie, co będzie, jeśli kula odstrzeli wam ucho?
- Będę słyszał gorzej, obywatelu sierżancie!
- Dobrze. A co będzie, szeregowy, jeśli kula odstrzeli wam drugie ucho?
- Nie będę nic widział!
- A to dlaczego?
- Bo mi hełm spadnie na oczy!

Sierżant pyta szeregowego na szkoleniu:
- Macie rozkaz pilnować składu amunicji, a tam nagle wybucha pożar. Co robicie?
- Wylatuję w powietrze z całym składem!

Do jednostki przyszła wiadomość o śmierci matki szeregowego Kowalskiego. Jej dowódca polecił plutonowemu zawiadomić o tym żołnierza.
- Tylko zróbcie to delikatnie, kapralu.
Kapral zarządził zbiórkę pododziału i stojąc przed frontem plutonu polecił:
- Wszyscy żołnierzy, którym umarła wczoraj matka, wystąp. Kiedy nie wystąpił nikt, plutonowy zwrócił się do Kowalskiego:
- A wy, szeregowy Kowalski dlaczego nie wystąpiliście?

Sierżant pyta żołnierza:
- Kowalski, kim jesteście w cywilu?
- W cywilu, obywatelu sierżancie, to ja jestem pan Kowalski.

Kadra oficerska jednostki desantowej ma wykonać treningowe skoki spadochronowe. Generał przed skokiem upewnia się:
- Co mam zrobić, gdy nie otworzy się spadochron główny?
- Należy, obywatelu generale, otworzyć spadochron zapasowy, pociągając ręką za uchwyt.
Po wyskoczeniu z samolotu nie otworzył się spadochron główny. Generał ciągnie za uchwyt spadochronu zapasowego, ale i ten się nie otwiera.
- Mam nadzieję, że przynajmniej mój gazik będzie czekał na miejscu lądowania - mówi do siebie generał.

Warunkiem koniecznym awansu zawodowego była w PRL-u "prawidłowa postawa ideologiczna", a przypadku wyższych stanowisk kierowniczych również przynależność do PZPR-u. Kandydaci na te stanowiska nusieli uzyskać pozytywną opinię odpowiednich instancji partyjnych.

Mosze ubiega się o stanowisko głównego księgowego w dużym zakładzie produkcyjnym i jest na rozmowie kwalifikacyjnej w Komitecie Zakładowym PZPR (KZ PZPR):
- Wiemy, towarzyszu, że jesteście aktywnym członkiem partii, ale chcemy upewnić się, że macie odpowiednie kwalifikacje zawodowe.
- Powiedzcie, ile jest dwa razy dwa?!
- A ile ma być?

Jedną z ważnych cech PRL-u był strach władz partyjnych przed publicznie manifestowanymi oznakami niezadowolenia społecznego, które były negacją hasła: "Partia z Narodem, a Naród z Partią". Działacze partyjni obawiali się szczególnie wystąpień robotników, które były zaprzeczeniem dogmatu, że "Partia wyrazicielem interesów klasy robotniczo-chłopskiej". Ponieważ mniej lub bardzej spontaniczne wybuchy niezadowolenia społecznego z "kierowniczej roli Partii" mogły być spowodowane wymianą myśli na poważne tematy między uczestnikami rozmaitych spotkań, to władze starały się utrudnić rozmowy Polaków o ważnych sprawach, aby nie przyszła im do głowy myśl, że PZPR jest zła i że trzeba temu przekonaniu dać wyraz. Bardzo skutecznym sposobem, obok inwigilacji, było rozpijanie społeczeństwa - mimo, że od 10 grudnia 1952 r. do 12 maja 1982 r. obowiązywała ustawa o zwalczaniu alkoholizmu, którą zastąpiła ustawa z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Było przyzwolenie na picie alkoholu, również w miejscach publicznych, w tym w zakładach pracy i urzędach. Imprezy bez wódki uważane były za nieudane. Okazji do nadużywania alkoholu było wiele. Właściwie każde wydarzenie nadawało się do tego, imieniny szefa, kolegi z pracy, otrzymanie wypłaty, premii, awans, urodziny dziecka, chrzciny, ślub itp. Bardzo często, ze względu na marne zaopatrzenie sklepów innych niż monopolowe,te ostatnie były miejscem zakupu prezentów w postaci butelek, a nierzadko całych transporterów wódki. Abstynenci byli uznawani za dziwaków, odludków i element towarzysko podejrzany, jako potencjalni donosiciele.

Opowiadania o mocno zakrapianych imprezach i alkoholowych osiągnięciach ich uczestników były częścią rozmów koleżeńskich. Władza państwowa miała świadomość, że alkoholizm stanowi poważny problem społeczny, mający wpływ również na gospodarkę i od czasu do czasu podejmowała próby ograniczenia spożycia napojów alkoholowych, w szczególności w miejscu pracy. Niestety wszystkie te działania nie przynosiły oczekiwanych skutków, gdyż picie wódki nie było uważane przez społeczeństwo za grzech a Polacy umieli obchodzić wszelkie utrudnienia w dostępie do alkoholu. Taka postawę polskiego społeczeństwa w tej materii dobrze określa znane porzekadło: "Na złość mamie, niech mi uszy zmarzną".

Jednym z dłużej funkcjonujących działań przeciwalkoholowych był obowiązujący od 2 grudnia 1982 r. do 30 listopada 1990 r. zakaz sprzedaży alkoholu przed godz. 13. 13:00 stała się wtedy punktem zwrotnym dnia, o którym w Opolu w 1986 roku Shakin’ Dudi śpiewał w piosence "Za dziesięć trzynasta": Trzynasta wybiła, wstaje nowy dzień/Ruszyła kolejka, wszystkim lżej/Życie po trzynastej tu zaczyna się.... Zakaz stał się przedmiotem m.in. następującego dowcipu:

- Dlaczego stanęło budownictwo?
- Bo praca na budowie rozpoczyna się teraz dopiero o 13.
- Dlaczego nie rano?
- Bo obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu przed godz. 13.
- Ale co to ma wspólnego z budownictwem?
- Żadnej budowy nie można prowadzić bez wódki.

Innym działaniem był zakaz sprzedaży w restauracjach wódki na flaszki. Wolno ją było sprzedawać tylko na kieliszki, jako dodatek do konsumpcji potraw. I ten pomysł na ograniczenie ilości pitego alkoholu oraz skutków jego picia był zgodnie obchodzony przez personel lokali gastronomicznych (barów i restauracji) i ich klientów. Polegało to na tym, że klient płacił za alkohol oraz zakąskę, której nie zjadał. Była ona sprzedawana wielokrotnie przez barmana. Zwykle taka zakąska miała rozmiar symboliczny, jej rolę pełniła np. połówka jajka ugotowanego na twardo, przyozdobiona śladową ilością majonezu oraz kawałkiem natki pietruszki lub porcja śledzika. Jej wygląd często nie zachęcał do zjedzenia jej, zwłaszcza, kiedy stała przez dłuższy czas w niechłodzonej gablotce szklanej. Dlatego kupującym alkohol przychodziło łatwo rezygnować z niej. Tak więc to zakąska była zbędnym dodatkiem do konsumpcji alkoholu - przeciwnie do intencji prawodawcy.

Były też popularne inne - mocniejsze kalorycznie - zakąski na zimno, np. tatar lub galaretka wieprzowa. Zestaw dwie setki wódki i porcja galaretki wieprzowej nazywany był potocznie lorneta i meduza. Meduza to oczywiście zimne nóżki.

Alkohol nie tylko piło się. Był on też przedmiotem wielu dowcipów, np. takich:

Wyślij głupiego po wódkę, to kupi jedną butelkę.

Rozmowa dwóch mężczyzn przed sklepem monopolowym:
- Kupimy dwie butelki.
- Po co nam dwie? Wystarczy jedna.
- A ja ci mówię kupmy dwie.
- No dobra, niech będą dwie.
Mężczyźni wchodzą do sklepu
- Prosimy skrzynkę wódki i dwie butelki oranżady.

W PRL-u powstały też dowcipy o milicjantach, gdyż społeczeństwo miało do nich negatywny stosunek. Nie postrzegało ich jako stróży bezpieczeństwa i porządku publicznego, ale jako przedstawicieli formacji politycznej, powiązanej z bezpieką i zajmującej się utrzymywaniem społeczeństwa w posłuszeństwie, używaną do zwalczania opozycji oraz tłumienia manifestacji niezadowolenia spoołecznego. Z powodu sposobu rekretucji milicjanci mieli opinię "miernych, ale wiernych".

Podczas testu na inteligencję zadaniem milicjantów było włożenie klocka okrągłego, kwadratowego i trójkątnego do odpowiednich otworów.
Po zakończeniu testu komendant odczytuje wyniki:
5% milicjantów wykazało się niebywałą inteligencją,
95% milicjantów wykazało się niebywałą... siłą.

Milicjant otwiera drzwi lodówki i widzi światło.
Zamyka lodówkę i zaczyna bić żonę.
- Dlaczego mnie bijesz? - pyta go żona.
- Tyle razy ci mówiłem, żebyś gasiła światło w lodówce, a ty nadal tego nie robisz!

Milicjant w sklepie papierniczym.
- Poproszę długopis.
- Jaki?
- ... Do wypisywania mandatów!

- Sprawdź czy w naszym radiowozie działa lewy kierunkowskaz - mówi jeden milicjant do drugiego.
- Działa... nie działa... działa... nie działa...

Do milicjanta stojącego na rogu ulicy podchodzi przechodzień i pyta:
- Panie władzo, czy na tej ulicy jest bezpiecznie?
- Oczywiście. Gdyby tak nie było, nie stałbym tutaj.

Milicjant przychodzi do pizzerii i zamawia pizzę. Kelner go pyta:
- Pokroić na 4 czy 8 kawałków?
- Na 4, bo 8 nie dam rady zjeść.

Dwóch milicjantów stoi przy drodze. Przy nich zatrzymuje się auto z zagraniczną rejestracją.
Jego kierowca zwraca się do nich po angielsku, po francusku, po niemiecku i po włosku. Kiedy nie reagują, odjeżdża.
- Popatrz, ile zna języków. - Mówi z podziwem jeden milicjant.
- I na nic mu się to nie zdało. - mówi drugi.

Drogą jedzie ksiądz na rowerze. Zatrzymuje go milicjant i pyta:
- Dokąd to obywatel tak pędzi?
- Z Panem Bogiem do chorego.
- Na rowerze nie wolno jeździć we dwóch. Trzeba zapłacić mandat.
Ksiądz płaci i myśli:
- Dobrze, że nie wiedział, że Bóg jest w trzech osobach.

Dlaczego milicjanci chodzą trójkami?
Jeden umie czytać, drugi pisać, a trzeci pilnuje intelektualistów.

Lata 70-te XX w. Koło budki milicyjnej na skrzyżowaniu stoi milicjant zwany "krawężnikiem" i patrzy na swój elektroniczny zegarek z wyświetlaczem cyfrowym.
Koło niego zatrzymuje się przechodzień.
- Panie władzo, która godzina?
Kiedy milicjant milczy, przechodzień ponawia pytanie.
Na to milicjant:
- Obywatelu, myślicie, że łatwo podzielić 11 przez 35.

Co to jest pałka milicyjna?
- Bijące serce partii.

W 1968 roku ormowiec zatrzymuje młodego człowieka i pyta:
- Student?
- Nie, chuligan.
- A to bardzo pana przepraszam.

W 1968 roku pojawił się nowy środek do prania.
- Jaki?
- ORMO 68 Nawiązanie do proszku do prania IXI 65 poznańskiej Polleny Lechia.

W związku z wydarzeniami w marcu 1968 roku pojawiła się parafraza słynnego wiersza Władysława Bełzy pt. "Katechizm polskiego dziecka".
Kto ty jesteś?
- Ormo mały.
Jaki znak twój?
- Trzonek pały.
Skąd pochodzisz?
- Z samych mętów.
Co twym celem?
- Bić studentów.

Od roku 1956, w praktyce od 1957, do 1989 do utrzymywania Polaków w posłuszeństwie władzy komunistycznej służyły Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej (ZOMO), które były używane przede wszystkim do pacyfikacji demontracji niezadowolenia społecznego. Zomowcy zasłynęli z brutalności i bezwzględności z jaką rozpędzali demonstrantów, zwłaszcza w latach 80. minionego stulecia. Jednostki ZOMO były skoszarowane i na akcje wyruszały z koszar. O opuszczających je zomowcach mówiono "jadą na ludzi". Stosunek Polaków do zomowców i ZOMO - znienawidzonego symbolu władzy PRL - w tamtych latch wyrażał bardzo dobrze poniższy doskonały dowcip w formie hasła werbunkowego.

Cechą realnego socjalizmu w PRL-u było centralne zarządzanie gospodarką, czego skutkiem były notoryczne braki towarów i usług w coraz to nowych jej dziedzinach. Wyrazem tego była m.in. taka instytucja jak Centralny Urząd Planowania (CUP), utworzony już w 1945 roku, który pod zmieniającymi się nazwami przetrwał do 1997 roku. Jednym z jego zadań było ustalanie zapotrzebowania społecznego na różne dobra, w tym na mieszkania. W pratyce popyt na nie zawsze przeważał znacznie nad ich podażą, niezależnie od wysiłków rządzących państwem. Wobec trwałych braków materiałów budowlanych Polacy byli skazani na ofertę spółdzielni mieszkaniowych.

Bardzo często okres wyczekiwania zwykłych ludzi na mieszkanie spółdzielcze wynosił nawet kilkanaście lat. Równocześnie obowiązywały normatywy mieszkaniowe dla budynków wielokondygnacyjnych. Od stanu cywilnego osoby i wielkości rodziny ubiegającej się o mieszkanie zależała jego wielkość. Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 26 czerwca 1974 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów prawa lokalowego (Dz.U. 1974 nr 26 poz. 152) przewidywało m.in.: §7.1. Norma powierzchni mieszkalnej, przysługującej jednej osobie, wynosi 7—10 m2. oraz §7.4. Powierzchnia mieszkalna lokalu przydzielonego osobie samotnej nie może być mniejsza niż 10 m2.

Własne mieszkanie było marzeniem bardzo wielu ludzi. Ta sytuacja Polaków znalazła odzwierciedlenie również w dowcipie. Inspiracją dla niego był fakt, że przywódcy krajów obozu socjalistycznego wzorem przywódców Rosji sowieckiej reklamowali się jako bojownicy o pokój na świecie, któremu zagrażał nieludzki kapitalizm. Tę ich pokojową misję głosiły liczne plakaty i transparenty zawierające m.in. taki slogan: "Walczymy o pokój". Na jednym z nich pojawił się dopisek; "Ja walczę o dwa pokoje z jasną kuchnią i łazienką."

Dużą część kawałów politycznych w PRL-u stanowiły dowcipy o ZSRR Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, który był wysławiany przez propagandzistów jako kraj miłujący pokój oraz niosący pomoc bratnim narodom w potrzebie, a jego przywódcy jako dobroczyńcy ludzkości.

A co byłoby w Polsce, gdyby nam Związek Radziecki nie pomagał?
- Wtedy u nas byłoby wszystko.

Klient na poczcie skarży się sprzedawczyni znaczków:
- Proszę pani, znaczki z Leninem nie chcą się przyklejać.
- Bo pluje pan na nie ze złej strony. - pada odpowiedź.

Do księgarni wchodzi dwóch milicjantów.
- Czy jest "Pan Tadeusz"?
- Panie Tadziu, przyszli po pana. - woła ekspedientka.

Okresowe wizyty na Kremlu partyjnych delegacji i przywódców partii z bloku sowieckiego były okazją do przyjacielskich rozmów, tj. informowania przywódców ZSRR o tym co się działo w poszczególnych krajach oraz przekazywania ich decyzji władzom tych państw. Poniższe dowcipy pokazują na czym polegały "przyjacielskie stosunki" partii w "bratnich krajach", których podstawę stanowił dogmat o nadrzędna pozycji ZSRR i KPZR.

Pierwszych trzech I Sekretarzy PZPR Polacy przechrzcili następująco: Bolesław Otruty, Władysław Wygnany i Edward Zdalnie Kierowany.

Nauczycielka pyta wnuczka Edwarda Gierka:
- Olku, kim jest twój dziadek?
- Zegarmistrzem.
- Jak to?
- Ciągle lata do Moskwy po wskazówki.

Na Kremlu składa wizytę partyjną Edward Gierek.
- Co tam Polsce? - pyta go Breżniew.
- Jeszcze Polska nie zginęła. - odpowiada Gierek.
Breżniew mu na to: A jak to się stało, to nie wiem do dziś!

Podczas "wizyty gospodarskiej" w Polsce Breżniew zwiedza w towarzystwie Gierka bibliotekę. Zatrzymuje się przed jednym z regałów, bierze do ręki jedną z książek, daje Gierkowi i pyta go co to książka. Ten mówi, że to "Pan Tadeusz" i zaczyna czytać: "Litwo, ojczyzno moja...". Breżniew przerywa mu i pyta się:
- Kto to napisał?!
- Mickiewicz, ale... ale on już nie żyje... - odpowiada mocno wystraszony Gierek.
Breżniew mu na to: Wiesz co Edziu, za to cię właśnie lubię!

W 1968 roku, po zdjęciu z afisza inscenizacji Kazimierza Dejmka dramatu "Dziady” Adama Mickiewicza, z głośną rolą Gustawa Holoubka, zinterpretowanej przez władzę jako "antyrosyjska", wizytę na Kremlu złożył ówczesny Ministar Kultury i Sztuki Lucjan Motyka.
- Coście zrobili z "Dziadami"? - pyta go Breżniew.
- Zdjęliśmy. - odpowiada minister.
- A co zrobiliście z reżyserem?
- Też go zdjęliśmy.
- A co z autorem?
- Nie żyje. - mówi minister.
Na to Breżniew: E, toście przesadzili!

Społeczeństwo, łącznie z tymi, którzy byli jego bezpośrednimi beneficjentami, oceniało realistycznie, tzn. negatywnie system polityczny PRL i pozostałych KDL-i, mimo pewnego zróżnicowania ich sytuacji. Im bardziej partia i nomenklatura w PRL: grupa ludzi wyznaczanych przez władze, instancje partyjne itp. na stanowiska kierownicze w instytucjach i urzędach państwowych starała się udowodnić wyższość socjalizmu nad "zgniłym kapitalizmem", tym szybciej mnożyły się problemy i powiększał się rozziew między rzeczywistością a jej obrazem malowanym przez propagandzistów. Ówczesną sytuację celnie oddawało sformułowanie niepokornego Kisiela: Socjalizm to ustrój, który bohatersko walczy z problemami nieznanymi w innych ustrojach., a moc sprawczą tego ustroju jednoznacznie charakteryzował m.in. poniższe dowcipy.

Przychodzi facet do kiosku i pyta:
- Czy jest papier toaletowy?
- Nie ma. - odpowiada kioskarka.
- A są tezy na VIII Zjazd PZPR? - pyta znowu.
- Są. - pada odpowiedź.
- To proszę dać mi 5 egzemplarzy.

Dlaczego na Saharze nie ma socjalizmu?
- Bo po wprowadzeniu socjalizmu na Saharze zabrakłoby piasku.

Dowcipy o ZSRR były opowiadane nie tylko w państwach obozu sowieckiego, ale i w USA, nie tylko przez zwykłych zjadaczy chleba, ale i przywódców państw, m.in. przez Ronalda Reagana. W jego ustach brzmiały szczególnie śmiesznie.

W połowie lat siedemdziesiątych XX wieku dominującym widokiem w handlu były puste półki sklepowe i nagie haki w masarniach. Klienci zwracali się do ekspedientek stojących za ladami "Czy nie ma ...?", bo było mało prawdopodobne, że poszukiwany towar jest w sklepie.

W tym czasie pogorszyło się również zaopatrzenie sklepów górniczych, w których pracownicy kopalni mogli kupić towary niedostępne w zwykłych sklepach. Władze partyjne próbowały zapobiegać pogarszaniu się nastrojów tzw. klasy robotniczej, przede wszystkim w ważnych sektorach gospodarki, m.in. przez fetowanie aktywistów podczas branżowych świąt w rodzaju "Dzień Górnika", "Dzień Hutnika", "Dzień Budowlanych".

"Dzień Górnika" obchodzono 4 grudnia, w dniu św. Barbary z Nikomedii, patronki dobrej śmierci i trudnej pracy, jako święto górnicze "Barbórka". W trakcie uroczystości barbórkowych władze starały się przekonać do siebie górników rozdając obficie odznaczenia, medale oraz nagrody pieniężne, bacząc jednak pilnie, aby nikt nie zepsuł atmosfery "niepoprawnym" zachowaniem natury społecznej lub politycznej. Poniżej dwa dowcipy "górnicze" z tego okresu.

Podczas uroczytej akademii barbórkowej, po przemówieniach polityków partyjnych oraz oficjanych gości pozwolono zabrać głos górnikom z sali.
Wstał jeden z nich i powiedział: "Jo jest gornik z kopolni Bytom, kaj jest wungiel, jo sie pytom".
Potem ogłoszono przerwę w uroczystości. Po przerwie jakiś górnik, zanim usiadł, rozglądnął się po sali i powiedział:
"Jo jest gornik z kopalni Brzeszcze. Jo niy wrzeszcze, ale jo sie wos spokojnie pytom kaj je ten gornik z kopalni Bytom?"

Podczas barbórkowych uroczystości, jeden z uczestników zwrócił się do oficjeli siedzących za stołem prezydialnym na podium: "Jo jest gornik z kopolni Bytom, kaj jest teroz myinso i wuszt, jo sie pytom".
Po przerwie w uroczystościach inny górnik zapytał prezydium: "Jo sie wos o myinso i wuszt nie pytom, ale kaj je teroz gornik z kopalni Bytom, ja sie wos pytom".

Brak wolności słowa w przestrzeni publicznej spowodował, że komentarz wydarzeń politycznych przybierał formę łatwych w przekazie i odbiorze lakonicznych powiedzeń oraz gry słów. W okresie stanu wojennego powstawały hasła ośmieszające Wojskową Radę Ocalenia Narodowego (WRON), Obywatelskie Komitety Ocalenia Narodowego (OKON) oraz Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego (PRON).

  • WRONa Orła nie pokona!
  • WRONa nas nie pokona!
  • WRON – won za Don!
  • To nic, że kraczą WRONy.
  • WRONa kracze, naród płacze.
  • Zdziwiły się OKON-ie że PRON-cie wyrosło WRON-ie!
  • Jeśli wejdziesz między WRONy, towarzyszu – bądź czerwony.
  • Junta juje.
  • WRONa skona!
  • "WRONA SKONA" ("Dziennik Bałtycki" z dn. 12 lutego 1982 r. – początkowe litery każdego akapitu w felietonie o tematyce muzycznej układały układały się w słowa WRONA SKONA.)
  • 13-tego grudnia, roku pamiętnego wykluła się wrona z jaja czerwonego...

Propaganda sowiecka wykorzystywała media do codziennej indoktrynacji, natarczywego prania mózgów, co polegało m.in. na podawaniu nieprawdziwych wiadomości.
Znany jest przypadek perelowskiej TVP, która w wiadomościach wieczornych pokazała relację filmową z powitania na Dworcu Centralnym w stolicy powracającej z ZSRR delegacji PZPR z jej I Sekretarzem Edwardem Gierkiem. Później autor tej relacji ujawnił, że naprawdę Gierka nie było wśród powracających, bo został w Moskwie i do Warszawy wrócił na drugi dzień, a do telewizyjnej relacji wykorzystano stary film. Dlatego ocena ówczesnych mediów przez społeczeństwo była jednoznaczna, wyrażało ją m.in hasło "Telewizja kłamie".

Kłamstwa medialne były tematem wielu dowcipów. Miały one m.in. formę zapytań do Radia Erewań i jego odpowiedzi. Ta w rzeczywistości niestniejąca rozgłośnia stała się symbolem absurdu oraz zakłamania w sowieckim ustroju. Poniższe przykłady oddają konstrukcję oraz ducha dowcipów z serii "Radio Erewań (RE)".

Pytanie do RE: Czy to prawda, że odpowiedzi Radia Erewań sa znane na całym świecie?
Odpowiedź RE: Tak, to prawda, ale za wyjątkiem ZSRR.

Pytanie do RE: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody?
Odpowiedź RE: Tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego i nie rozdają, tylko kradną.

Pytanie do RE: Czy jest prawda, że kompozytor Chaczaturian wygrał samochod na loterii?
Odpowiedź RE: Tak, to prawda, ale nie Chaczaturian a Szostakowicz, nie samochod a motocykl, nie wygrał, ale przegrał i nie na loterii, ale w karty.

Pytanie do RE: Jaka jest różnica między socjalizmem a kapitalizmem?
Odpowiedź RE: W kapitaliźmie człowiek wyzyskuje człowieka, a w socjaliźmie - na odwrót.

Pytanie do RE: Jaka jest różnica między związkami zawodowymi w kapitaliźmie i socjaliźmie?
Odpowiedź RE: W kapitaliźmie bronią robotników przed ustrojem, a w socjaliźmie - na odwrót.

Pytanie do RE: Jaka jest definicja komunisty?
Odpowiedź RE: Komunista to człowiek, który utracił nadzieję, że zostanie kapitalistą.

Pytanie do RE: Dlaczego ZSRR jest bratem krajów socjalistycznych?
Odpowiedź RE: Przyjaciół można wybierać.

Pytanie do RE: Czy człowiek niepiśmienny może zostać członkiem Akademii Nauk?
Odpowiedź RE: Tak, ale nie członkiem-korespondentem.

Pytanie do RE: Co to jest kwartet smyczkowy?
Odpowiedź RE: Moskiewska Radiowa Orkiestra Symfoniczna po powrocie z tournee na Zachodzie.

Pytanie do RE: Co to jest agresja?
Odpowiedź RE: Kiedy jeden kraj napada na drugi bez zgody ZSRR.

Opowiadanie kawałów politycznych wiązało się z pewnym ryzykiem. Zarówno moment, w którym trzeba było zapłacić za to, jak i cena były trudno przewidywalne. Pobłażliwość władzy komunistycznej była bowiem pochodną różnych okoliczności, m.in. sytuacji polityczno-społecznej oraz doraźnymi potrzebami wizerunkowymi "przewodniej siły narodu". Tę sytuację obrazuje poniższy dowcip, opowiadany w PRL-u, bardzo często, również jako życzliwa przestroga.

Nie myśl! Jak myślisz, to nie mów. Jak mówisz, to nie pisz. Jak napisałeś, to nie podpisuj. A jak podpisałeś, to nie dziw się niczemu.

Uzupełnieniem powyższej "mądrości życiowej" są lapidarne powiedzenia, które zdają się być nadal aktualne.

Nie krytykuj, nie podskakuj, siedź na d... i przytakuj.

Mierny, ale wierny.

Do tych, których nie pociągało ryzykowne podskakiwanie władcom PRL-u, ale raczej kariera, m.in. za cenę rezygnacji ze zwykłej ludzkiej ucziwości, odnosi się znane w tamtych czasach powiedzenie: Żeby zostać członkiem Związku Literatów Polskich (ZLP), trzeba wydać jedną książkę i dwu kolegów. Stwierdzenia tego nie należy oczywiście odnosić tylko do startu kariery literackiej.

Uzasadnione poczucie opresji ze strony Związku Sowieckiego sprawiało, że Polacy wymyślali kpiące dowcipy na temat jego "największych na świecie osiągnięć". Elementem zimnej wojny po II wojnie światowej był wyścig zbrojeń oraz wyścig kosmiczny. Po wylądowaniu na Księżycu pierwszego człowieka – Amerykanina – 21 lipca 1969 roku, w ramach programu Apollo, powstał poniższy kawał.

Gwiezdnym Miasteczku w ZSRR zwołano zebranie, na którym przedstawiciel Politbiura] poinformował kosmonautów:
- W odpowiedzi na lądowanie Amerykanów na Księżycu, radzieccy kosmonauci polecą na Słońce. Są pytania?
- Ale na Słońcu panuje przecież bardzo wysoka temperatura.
- Nie martwcie się tym. Partia to wie i dlatego polecicie w nocy.

Okolicznością sprzyjającą powstawaniu kawałów politycznych była możliwość konfrontacji rzeczywistości w kraju z życiem po drugiej stronie "żelaznej kurtyny". Taką możliwość, chociaż w różnym stopniu mieli mieszkańcy krajów bloku sowieckiego graniczących z państwami Zachodu oraz państw, z których wyjazd za "żelazną kurtynę" był łatwiejszy.

Szczególnym przypadkiem wśród demoludów była NRD Niemiecka Republika Demokratyczna. Na pewnej części terytorium NRD możliwy był odbiór programów telewizyjnych z Federalnej Republiki Niemiec (RFN). To było dla Niemców w NRD istotne, niemieckojęzyczne źródło wiadomości "stamtąd" (niem. von drüben), gdyż wyjazd na Zachód, zwłaszcza do RFN, był dla obywateli NRD przed emeryturą praktycznie niemożliwy - stąd liczne, w większości nieudane, próby przedostania się do Berlina Zach.. Każdy wyjazd w tamtym kierunku wymagał uzyskania zgody odpowiednich organów policji ludowej (niem. Volkspolizei). Poniższy kawał, a właściwie anegdota, dobrze oddają specyfikę ówczesnych Niemiec Wsch.

Do prezydium policji ludowej przychodzi młody człowiek i składa podanie o pozwolenie na wyjazd do RFN, motywując go tym, że jego dziadek, który mieszka w Hamburgu jest głuchy i wymaga stałej opieki.
- To niech dziadek przyjedzie do NRD. - proponuje policjant ludowy.
- Mój dziadek jest głuchy, a nie głupi. - odpowiada na tę propozycję młody człowiek.

A propos Niemców. W PRL-u funkcjonował podział na Niemców złych, którzy mieszkali w RFN oraz dobrych, tj. obywateli NRD. Tym pierwszym, którzy zadawali się z "amerykańskimi imperialistami", można było i należało przypisywać różne złe cechy, przede wszystkim wywołanie II wojny światowej i rewizjonizm. Ci drudzy, którzy umacniali komunizm, byli naszymi przyjaciółmi, z którymi łączył nas przede wszystkim Związek Sowiecki. Ich nie wolno było krytykować (ówczesna "poprawność polityczna"?).

Kontynuacja po przerwie??

Po rozpadzie bloku sowieckiego i upadku PRL-u zmniejszyła się bardzo liczba nowych dowcipów, w szczególności politycznych. Wygląda na to, że ludzie uznali, że nie ma powodów do krytycznej oceny nowego ustroju państwa i raczej trzeba wykorzystać czas na bogacenie się niż na wymyślanie i opowiadanie nowych dowcipów. Wydawało się, że w nowej i lepszej - jak wierzono - rzeczywistości również opowiadanie starych dowcipów nie ma sensu.

Jednak od około 10 lat zauważa się powrót kawałów. Częściowo są to nowe dowcipy, a częściowo zmodernizowane stare. Nierzadko aktualizacja polega na zastąpieniu nazwisk dawnych polityków lub dawnych nazw państw nowymi, jak poniżej. Sugeruje to, że albo zmiany polityczne nie były tak głębokie, jak sądzono, albo że faktycznie "historia kołem się toczy" i teraźniejszość przypomina niedawną przeszłość.

Do hotelu w Rosji późną porą przybywa podróżny.
- Proszę o pokój jednoosobowy na jedną noc.
- Niestety, mamy tylko wolne miejsce w pokoju pięcioosobowym.
- Może być, w końcu to tylko jedna noc - odpowiada podróżny i idzie do pokoju.
Układa się wygodnie w łóżku i próbuje zasnąć, ale współtowarzysze grają w brydża, opowiadają kawały o Putinie i co chwila wybuchają gromkim śmiechem.
Nie mogąc zasnąć, podróżny ubiera się i schodzi do recepcji:
- Poproszę 5 herbat do pokoju za 10 minut.
Potem wraca do pokoju i mówi do współlokatorów:
- Panowie opowiadają sobie dowcipy i śmieją się z prezydenta, a przecież tutaj może być podsłuch!
- Co też pan mówi! W hotelu?
- Można to łatwo sprawdzić: „Panie kapitanie! Poproszę 5 herbat pod 14-stkę".
W chwilę potem przynoszą herbatę. Współlokatorzy z lekka przestraszeni kładą się spać.
Rano podróżny budzi się i widzi, że w pokoju jest tylko sam. Schodzi do recepcji i  pyta:
- Co się stało z moimi współlokatorami?
- Rano zabrała ich policja.
- A mnie dlaczego nie zabrali?
- Bo kapitanowi spodobał się bardzo ten dowcip z herbatą.

- W Rosji rośnie pszenica jak słupy telegraficzne.
- Jest taka duża?
- Nie. Jest taka rzadka.

W roku 1959 gensek [ros.] генсек, skrót od: генеральный секретарь, [pol.] sekretarz generalny (KPZR) i  premier ZSRR Nikita Chruszczow odwiedził USA. W trakcie tej wizyty odbył się wyścig biegowy, w którym uczestniczył tylko Chruszczow i prezydent USA Dwight Eisenhower.
Media amerykańskie podały: "W wyścigu miejsce pierwsze zajął prezydent USA, a drugie premier ZSRR."
Informacja w sowieckich mediach o wyniku wyścigu obu polityków brzmiała: "W wyścigu premier ZSRR zajął miejsce drugie, a prezydent USA przedostatnie."

Prezydent Dwight Eisenhower mówi do premiera Nikity Chruszczowa: "U nas jest demokracja, każdy może wyjść na ulicę i powiedzieć, że Eisenhower to dureń."
Na to Chruszczow: U nas też jest demokracja, też każdy może wyjść na ulicę i powiedzieć, że Eisenhower to dureń."

Rosyjskie media donoszą: "Dziś rano cztery chińskie dywizje przekroczyły granicę Federacji Rosyjskiej i zaatakowały traktor rosyjski pracujący na polu. Traktor odparł wszystkie ataki zestrzeliwując kilkanaście samolotów i niszcząc około 30 czołgów wroga. Prezydent Władimir Putin ostrzegł, że w przypadku ponownych incydentów na pole wyjedzie kombajn.

Ten ostatni dowcip ma cechy adaptacji innego, z czasów ZSRR, kraju walczącego o pokój na świecie.

Agencja TASS [ros.] Телеграфное агентство Советского Союза, [tranl.] Tyelyegrafnoye agyentstvo Sovyetskovo Soyuza, [pol.] Telegraficzna Agencja Informacyjna Związku Sowieckiego informuje: "Dziś rano wojska chińskie zaatakowały ogniem moździerzowym radziecki traktor pracujący na polu. Traktor odpowiedział ogniem rakietowym i odleciał w kierunku Moskwy.

Powstawały również dowcipy polityczne na temat Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL, komunistycznych Chin). Miały one niekiedy charakter prześmiewczy, co dzisiaj pewnie byłoby niezasadne. Do nich należy m.in. poniższy.

Odprawa w sztabie generalnym Chińskiej Armii Ludowej. Szef sztabu mówi:
- Zaatakujemy wroga w następujący sposób: na lewym skrzydle pójdzie 150 mln żołnierzy, na prawym  200 mln a w środku czołgi. Są pytania?
Zgłasza się dowódca wojsk pancernych:
- Czy wszystkie trzy?

Przypomina się też stare, niezmienione dowcipy polityczne ("kawały z brodą"), pasujące do nowej sytuacji politycznej i odzwierciedlające aktualne nastroje. Do tej grupy należy m.in. poniższy.

Podczas II wojny światowej podziemie francuskie było zakonspirowane tak dobrze, że nie wiedzieli o nim ani Niemcy, ani Francuzi.

Odgrzewanie starych kotletów w postaci kawałów politycznych z PRL-u można interpretować jako wyraz ożywionego zainteresowania historią Polski oraz krytyki tamtych czasów, czego przykładem może być poniższy dowcip.

Pierwsze lata po II wojnie światowej - czasy stalinowskie. Do lokalnego UB Urzędu Bezpieczeństwa przychodzi stary rolnik i chce widzieć się z komendantem.
Komendanta nie ma, ale jest jego zastępca, który pyta rolnika:
- Czego chcecie obywatelu od komendanta?
- Wiem, że jesteście zastępcą komendanta, ale ja mam sprawę do samego komendanta - mówi rolnik.
- Mówcie zaraz o co wam chodzi! - denerwuje się ubek.
- Milicja zabrała mi krowę i nie chce jej oddać. Przyszedłem do komendanta, żeby zaświadczył, że to moja krowa.
- A skąd on ma to wiedzieć?
- Pasał ją u mnie przez dwa lata...

Przyjmowanie członków PZPR odbywało się dwuetapowo, najpierw było przyjęcie w poczet kandydatów na członków partii, potem - po okresie kandydackim trwającym do dwóch lat - w poczet członków partii. Do partii nie można było się zapisać, ale jedynie być przyjętym. Zanim partia podjęła decyzję o przyjęciu kogoś w poczet kandydatów, tenże był badany pod kątem spełnienia wymagań ideologicznych. Procedura przyjmowamia do partii oraz stawiane wymagania są przedmiotem poniższego dowcipu.

- Chciałbym zostać przyjętym do partii. - oświadcza sekretarzowi POP kandydat.
- Musimy was najpierw prześwietlić. - mówi sekretarz.
- Jak to będzie wyglądało? - pyta zainteresowany.
- Najpierw prześwietlimy was od góry do pasa, by zbadać, czy nie macie Boga w sercu, a potem od pasa do stóp - czy nie macie I sekretarza w d....

Cechą okresu rządów Wojciecha Jaruzelskiego był pogłębiający się kryzys, gospodarczy i społeczny oraz coraz silniejszy podział "my-oni". Polacy pamiętali o roli Jarzuzelskiego w tłumieniu robotniczych protestów w grudniu 1970 oraz wprowadzeniu przez niego stanu wojennego (wojnie polsko-jaruzelskiej 1980–1981). Ilustracją oceny jego osoby mogą być poniższe dowcipy.

- Dlaczego w teatrze Jaruzelski siada zawsze w pierwszym rzędzie?
- Żeby chociaż wtedy mieć naród za sobą.

- Dlaczego rząd Jaruzelskiego strzela do robotników?
- Bo głównym celem rządu socjalistycznego zawsze jest robotnik.

Dobrą recenzją czasów realnego socjalizmu typu sowieckiego jest "Siedem cudów socjalizmu":

  1. Każdy miał pracę.
  2. Mimo, że każdy miał pracę, nikt nigdy nie pracował.
  3. Mimo tego, że nikt nie pracował, plan był zawsze wykonany w ponad 100%.
  4. Mimo tego, że plan był wykonywany w ponad 100%, nie można było niczego kupić.
  5. Mimo tego, że nie można było niczego kupić, wszyscy mieli wszystko.
  6. Mimo tego, że wszyscy mieli wszystko, wszyscy kradli.
  7. Mimo tego, że wszyscy kradli, nigdy niczego nie brakowało.

Nowe czasy

W porównaniu z PRL-em, istotną cechą nowych czasów, jest deklarowana politycznie wolność słowa, powszechny dostęp do bardzo sprawnych kanałów komunikacji społecznej, umożliwiających jeszcze swobodny przepływ informacji zobacz ACTA2 w skali globalnej oraz możliwość zachowania anonimowości.

W miarę jak ludzie uczą się obserwować oraz oceniać krytycznie złożoną nową rzeczywistość w wymiarze lokalnym, krajowym, europejskim i światowym pojawiają się nowe dowcipy, nie będące kopią lub przeróbką starych. Są one reakcją na bieżące wydarzenia polityczne oraz zachowania polityków, ich komentarzem i oceną oraz wyrazem poglądów, obaw, oczekiwań i frustracji ich autorów. Poniżej przykłady nowej twórczości.

- Jaka będzie nazywała się spółka po połączeniu się Jaruzelskiego z Wałęsą?
- General Electric.

Frekwencja wyborcza w Polsce wynosi 45%.
Kiedy znowu nie będzie wam się chciało iść na głosowanie, pamiętajcie,
że w Gambii frekwencja wynosi 65%, a 60% mieszkańców tego kraju to analfabeci.

- Mój wujek kandydował w ostatnich wyborach do sejmu.
- Serio? I co teraz robi?
- Nic. Wybrali go.

Co mają wspólnego Angela Merkel i Donald Trump?
- Fryzjera.

Na konferencji prasowej dziennikarz pyta Busha:
- Czy ma pan dowody na to, że Irak posiada broń masowego rażenia?
- Oczywiście. Departament Stanu zachował starannie wszystkie faktury sprzedaży.

- Które samochody mają wszystkie części oryginalne?
- Tylko chińskie.

W roku 1989 panowało wśród Polaków, nie mylić ich z posiadaczami obywatelstwa polskiego, powszechne przekonanie, że upadek sowieckiego komunizmu jest ostateczny. Niestety rzeczywistość w niegdyś demokratycznej Europie jest zupełnie inna. Dlatego warto ku przestrodze przypomnieć lapidarne sformułowanie trzech zasad gospodarczej polityki lewactwa:

  1. Jeśli coś działa, ureguluj.
  2. Dalej działa? Opodatkuj.
  3. Przestało działać? Dotuj.

Kawały okupacyjne z czasów II wojny światowej

Okupacja niemiecka to sytuacja krańcowa dla narodu polskiego. Człowiek wychodząc z domu rano, nie był pewien czy wróci do niego wieczór. Niepewność przygniatała psychicznie. Mogłoby się wydawać, że w tych warunkach nie ma miejsca na dowcipy. Tymczasem - jak uczy historia - powstawały i opowiadano sobie dowcipy. Kazimierz Żygulski wypowiada się o roli komizmu w warunkach sytuacji krańcowej Kazimierz Żygulski, "Wspólnota śmiechu. Studium socjologiczne komizmu", PIW, Warszawa 1985, str. 184-185 następująco:

Komizm taki pełni rozliczne funkcje, przynajmniej w części przywraca grupom w sytuacji krańcowej równowagę psychiczną, jest dowodem panowania nad sytuacją - choćby tylko intelektualnego; integruje, bawi, oclpręża, często służy jako oręż w nierównej, dramatycznej walce z przeważającym i groźnym, okrutnym przeciwnikiem. Aby im podołać, musi łatwo trafić do adresata, wykorzystywać zarówno jego doświadczenia kulturalne, jak i nastroje, uczucia, obawy, dążenia. W sytuacjach krańcowych komizm musi sam być w pewien sposób krańcowy, ostry, brutalny, nawet makabryczny. [...]
Okupacja ta miała dla grup ludzkich zamieszkujących podówczas nasz kraj, przede wszystkim dla Polaków i Żydów, wszystkie cechy sytuacji krańcowej, a nawet ostatecznej. Unicestwiane społeczeństwo reaguje dramatycznym, często tragicznym oporem, okupionym milionami ofiar. Komizm staje się wtedy przede wszystkim rodzajem oręża, za którego pomocą walczy się zarówno z zasadniczym wrogiem i jego sojusznikami, jak i z tymi członkami własnego społeczeństwa, którzy temu wrogowi w ten czy inny sposób sprzyjają. Uprawianie komizmu pełniło wtedy także ważną funkcję polityczną i wychowawczą, przekonywało ludzi, iż wbrew klęskom i katastrofom, w najcięższych warunkach potrafimy się nie tylko bronić, lecz kontynuować, rozwijać nasze własne tradycje kulturalne.
Biorąc pod uwagę wysiłek, jaki potrzebny był w Polsce w czasie okupacji do wydawania konspiracyjnych publikacji, i ryzyko niebezpieczeństwa, na jakie narażali się ludzie podejmujący ten trud, można stwierdzić, iż potrzeba komizmu, w jego prasowej, drukowanej formie, była podówczas ogromna. Dane i wspomnienia o akcjach małego sabotażu wskazują, iż elementy komizmu odgrywały w nich także znaczną rolę; i ta akcja pociągała za sobą ofiary, lecz miała duże znaczenie w zaciekłej walce propagandowo-psychologicznej toczonej w czasie okupacji.

Poniżej przykłady humoru okupacyjnego.

W tramwaju warszawskim

Felek zauważył na drugim końcu wagonu tramwajowego swego znajomego, z którym nie widział się od początku wojny. Nie może jednak z powodu tłoku dostać się do niego, więc krzyczy poprzez ludzi:
- Dzień dobry Kajakiewicz, co ty tu porabiasz w Warszawie?
- Czołem Felek, widzisz bracie, ja się tu ukrywam.

Nowy punkt w statucie NSDAP

Do statutu partii narodowosocjalistycznej dołączono ostatnio nowy paragraf, który reguluje wynagrodzenie za zwerbowanie nowych członków partii:
Za każdego nowo zwerbowanego członka werbujący otrzyma nagrodę w wysokości 250 RM, za dwóch zwerbowanych członków - 500 RM nagrody, za trzech - zwolnienie z partii, za czterech - zwolnienie i zaświadczenie, że werbujący do partii nigdy nie należał.

Wolne posady

Poszukuję choćby jednego uczonego niemieckiego, który by nie był doktorem kłamstwa, profesorem złodziejstwa lub magistrem morderstwa.
Naród Polski

Zawołanie

Kto ty jesteś? - Volksdeutsch cwany.
Jaki znak twój? - Krzyż złamany.
Kto cię stworzył? - Zawierucha.
Co cię czeka? - Gałąź sucha.

Po locie Rudolfa Hessa do Anglii

Zginął pies.
Zwie się Hess.
Odprowadzić sukinsyna.
Za nagrodą do Berlina.

Kawały inne

Zabawność dowcipu zależy bardzo od sposobu jego opowiadania oraz używanego języka. Polega ona przedstawiania w zabawny sposób śmiesznych cech, stron, zjawisk, zdarzeń i ludzi. Aby kawał pobudzał do spontanicznego śmiechu, jego język musi być dosadny. Dowcip poddany cenzurze przestaje być zabawną historyjką, zamienia się w ciężkostrawny gniot.

Wydaje się, że mała ilość dowcipów politycznych i społecznych w obiegu publicznym jest spowodowana m.in. współczesną cenzurą zwaną "poprawnością polityczną", która miast łagodzić obyczaje, teroryzuje, działa kneblująco, wytwarzając podświadomą autocenzurę, której uniknąć nie sposób. Waldemar Łysiak, "Rzeczpospolita kłamców. Salon", Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2004, str. 30-31

Poniżej przykład kawału Waldemar Łysiak, "Rzeczpospolita kłamców. Salon", Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2004, str. 31 w starym, dobrym stylu.

- W USA wzięto do wojska wszystkich pederastów.
- Po co?
- Żeby zajść Rosję sowiecką od tyłu.

Opresyjny ustrój PRL-u wyostrzył u Polaków zdolność krytycznego oglądu rzeczywistości, w tym własnych wad. Równocześnie negatywnie wpływał na jakość stosunków między ludźmi, którą ilustrowały utarte zwroty. Były one przedmiotem dowcipów. Jeden z nich przypomniał w swoich "Dziennikach" Stefan Kisielewski:

... Polacy dzielą się na nauczycieli ("Ja pana nauczę!"), ekshibicjonistów ("Ja panu pokażę!") oraz nieznanych ("Pan nie wie, kto ja jestem!").

Jaka kolumna jest najbardziej widoczna w Sejmie?
- Piąta kolumna.

Jakie ryby lubi najbardziej Marszałek Senatu?
- Grube sumy.

Donald Tusk pojechał do małej miejscowości na Podkarpaciu.
- Powiedzcie czego wam brakuje, w czym mogę pomóc? - pyta wójta.
- No właściwie to mamy dwie sprawy - odpowiada wójt. - Mamy ośrodek zdrowia, ale nie mamy lekarza.
Tusk wyjmuje z kieszeni telefon komórkowy i z kimś rozmawia, po czym, chowając telefon do kieszeni, zadowolony mówi:
- Załatwione, będzie lekarz. A ta druga sprawa?
- No może byście tu postawili maszt telefonii komórkowej, bo my tu w ogóle nie mamy zasięgu.

Przy budce z piwem rozmawiają faceci. Jeden pyta:
- Wiecie czym się różni piwo od PO?
- Czym?
- W piwie wszystkie męty idą na dno, a w PO do góry!

Okazuje się, że tzw. "kawały z brodą" mogą opisywać stan ducha współczesnych społeczeństw oraz przywódców zachodnioeuropejskich państw, którzy przedkładają swój interes prywatny nad dobro wspólne i nie są zdolni do wspólnego działania. Poniżej brytyjski dowcip źródło: "Warszawska Gazeta", nr 16 (774), 22-28 kwietnia 2022 r., str. 21:

W czasach obrzydliwego brytyjskiego imperializmu, minionego zasłużenie, pewien młody brytyjski podporucznik przechadzał się po pustkowiu, bo cierpiał na weltschmerz. W pewnym momencie zauważył wielką chmarę zbliżających się wojowników z plemienia Yn-tely-gentów uzbrojonych w dzidy. Uciekali w popłochu, przeraźliwie krzycząc. Schował się za skałą, żeby go nie zadeptali. W pewnym momencie skorzystał z okazji, przechwycił jednego z biegnących i wciągnął go za skałę w celu przesłuchania.
- Czemuż tak uciekacie w popłochu, waleczni Yn-tely-genci? - zapytał.
- Idzie za nami taki wielki facet z kijem i nim groźnie macha!" - odkrzyknął blady jak kreda wojownik.
- Przecież on jest jeden, a was są setki!
- A bo to wiadomo, komu przyfanzoli?

Sytuacja gospodarcza w roku 2022 pod wzwględem inflacji oraz bardzo szybko rosnących cen na wszystkie towary przypomina w pewnej mierze okres około roku 1989. Jeżeli społeczeństwa oraz politycy w państwach zachodnich nie zreflektują się, to może być "jak kiedyś". Tę obawę oddaje poniższy krótki, ale wymowny dowcip.

- Tatusiu, jak było za komuny?
- Niedługo sam zobaczysz.

Trwająca od 24 lutego brutalna agresja putinowskiej Rosji na Ukrainę spotkała się z potępieniem, a opór stawiany przez wojska ukraińskie wzbudził sympatię do Ukraińców. Wyraz temu dają nowe dowcipy polityczne jak te poniżej.

Do kiosku z gazetami w Moskwie przychodzi przez kilka dni pod rząd mężczyzna, ogląda pierwsze strony gazet, po czym odkłada je na półkę i odchodzi. Któregoś dnia kioskarz pyta go:
- Czego pan szuka w tych gazetach?
- Nekrologu.
- Ale nekrologi są zamieszczane z tyłu gazet, a nie na pierwszej stronie.
- Nekrolog, na który czekam, pojawi się na pewno we wszystkich gazetach na pierwszej stronie.

Po śmierci Putin trafił do piekła. Po kilku latach pobytu w nim dostaje za dobre zachowanie przepustkę. Postanawia odwiedzić Moskwę. Idzie do jednego ze swoich ulubionych barów, zamawia wódkę, wypija ją i pyta barmana: - Krym nasz?
- Tak. - odpowiada barman.
Putin zamawia następną wódkę, wypija ją i pyta:
- A Odessa?
- Też nasza.
Putin zamawia kolejną wódkę, wypija ją i pyta:
- A Kijów?
- Też nasz.
- A Lwów?
- I Lwów też nasz.
Zadowolony Putin pyta:
-Ile płacę?
- 100 hrywien.

Co dalej?

Dowcipy są wyrazem naszego oglądu i rozumienia rzeczywistości politycznej i społecznej. Tworzenie i rozpowszechnianie dobrych kawałów jest sposobem komunikacji społecznej. Dlatego wolni ludzie powinni to robić, zwłaszcza, gdy sprawy nie mają się dobrze, budzą nasz niepokój i odczuwamy potrzebę manifestowania naszych odczuć. Warunek jest jeden  - dobre kawały nie mogą ranić i niszczyć ludzi. Ich przedmiotem powinny być wydarzenia, działania, zaniechania, poglądy i postawy ludzi,  nie cechy fizyczne osób.

O tym, że nadal istnieje zapotrzebowanie na kawały polityczne, również te z epoki PRLu, świadczy m.in. książka pt.  "Ta śmieszna i straszna PRL. Ale historia…" autorstwa Grażyny Bąkiewicz.

Jeszcze książka, o której powiedziano, że jest mieszanką lekkości i powagi, okraszona wspaniałą kolekcją dowcipów i że powinna znaleźć się na półce każdego poważnego badacza humoru:
"Filozofia dowcipu. Humor jako siła napędowa umysłu", Daniel C. Dennett, Matthew M. Hurley, Reginald B. Adams Jr.

"Humor - coś, co czyni nas ludźmi?", rozmowa o teorii humoru przedstawionej w książce "Filozofia dowcipu", (plik audio, 51:24)

Śmiech to zdrowie!

dowcip [wg Definicje PWN]
  1. powiedzenie zawierające treść komiczną, pobudzające do śmiechu; anegdota, żart, kawał,
  2. zdolność spostrzegania, wychwytywania śmiesznych cech, stron, zjawisk, zdarzeń i ludzi oraz przedstawiania ich w zabawny sposób,
  3. daw. rozum, inteligencja; talent, spryt.
wesołek [wg Definicje PWN]
  1. człowiek o wesołym usposobieniu, skłonny do żartów, dowcipów; dowcipniś, żartowniś.
ponurak [wg Definicje PWN]
  1. człowiek mający ponure usposobienie, pozbawiony poczucia humoru.

Śmiech - najlepsze lekarstwo

Śmiech przyciąga niczym magnes i to bez względu na wiek. Śmiech wnosi radość do życia. Dlatego czytaj i opowiadaj śmieszne kawały i historie, i anegdoty. Spędzaj czas z wesołkami, a nie z ponurakami.

Kawały

Na całym świecie są ludzie z humoru, którzy tworzą dowcipy. Autorzy dowcipów są dobrymi obserwatorami życia i potrafią zwięźle i dowcipnie opisać cechy osobowe oraz społeczne ludzi. W ten sposób powstają tzw. dowcipy o Amerykanach, Anglikach, Francuzach, Polakach, Szkotach, kawały żydowskie itd. Ponieważ śmiech to zdrowie, to na tej stronie będą pojawiały się tylko dowciy, które wzbudają zdrowy, radosny śmiech, również tych których w jakichś sposób dotyczą. Ponieważ poczucie humoru jest sprawą indywidualną, do kawałów trzeba podchodzić z pewną dozą pobłażania, nie tolerując jednak obrażania ludzi. Cenić należy autorów inteligentnych dowcipów.

Cześć! Szczepiłeś się już?
- Nie.
- Jesteś antyszczepionkowcem.
- A ty byłeś dziś w synagodze?
- Nie.
- Jesteś antysemitą.

Powódź zerwała jedyny most. Zwierzęta postanowiły, że wyślą do ministerstwa delegata, aby załatwił materiały na jego odbudowę. Zastanawiały się, które zwierzę byłoby najskuteczniejsze w załatwieniu sprawy. Postanowiono wysłać lwa, który ma odpowiednią prezencję, jest silny, ma donośny głos i budzi respekt. Tak więc do ministerstwa pojechał lew. Na drugi wrócił ze smutną miną, bo nie udało mu się nic załatwić, nawet minister go nie przyjął. Po nowej naradzie zdecydowano się delegować do stolicy lisa, bo ten jest sprytny i umie się wszędzie wkręcić. Lis wrócił zi delegacji po dwóch dniach i też nic nie zdziałał. Na kolejnej naradzie zawierzętom zaczęło już brakować pomysłów. Już były gotowe pogodzić się z myślą, że mostu nie będzie, gdy zgłosił się osioł i oznajmił, że jest gotów pojechać do ministerstwa. Po chwili irytacji zgodzono się wysłać osła, bo sytuacja była patowa. Osioł pojechał. Minęło parę dni, a ten nie wracał. Aż tu nagle zaczęły przyjeżdżać olbrzymie ciężarówki wyładowane materiałami budowlanymi, z których można by zbudować nie jeden, ale kilka mostów. Wkrótce powrócił i sam osioł. Zwierzęta chciały dowiedzieć się, jak mu się udało załatwić sprawę i dlaczego dostarczono tak dużo materiałów. Osioł chętnie opowiedział całą historię.
- Przyjechałem do ministerstwa, portier przy głównym wejściu nie wpuścił mnie do środka, ale bez problemu wszedłem bocznym wejściem dla personelu. Wszedłem do pierwszego pokoju i patrzę, a tam sami znajomi. Pogadaliśmy i oni skierowali mnie do kolejnego pokoju. Wchodzę tam i znowu widzę znajomych. Właśnie mieli poranną przerwę, zaprosili mnie do środka i poczęstowali kawą. Na koniec powiedzieli, abym wpadł do nich następnego dnia, bo niedługo przerwa obiadowa, a po przerwie trzeba szykować się do wyjścia do domu, więc już tego dnia nie da się nic załatwić. Wróciłem następnego dnia. Również w kolejnych pokojach siedzieli znajomi. Kiedy w końcu dotarłem do pokoju, w którym podejmowano decyzje o przydziale materiałów zapytano mnie, czy most ma być zbudowany wzdłuż czy w poprzek rzeki. Nie umiałem precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie i dlatego na wszelki wypadek przysłano więcej materiałów.

Powódź zniszczyła most. Aby zdobyć materiały na jego odbudowę mieszkańcy wsi postanowili wysłać do do stolicy swojego przedstawiciela. Wybór padł na Jaśka, bo był wygadany. Miał on jednak jedną wadę, przeklinał. Dlatego przed wyjazdem powiedzieli mu:
- Jak będziesz przedstawiał naszą sprawę w ministerstwie nie wolno ci kląć. Kiedy przyjdzie ci ochota zakląć, powiedz „żaba”.
Jasiek pojechał i udało mu się załatwić rozmowę z ministrem. Wchodząc do gabinetu ministra potknął się na grubym dywanie, już miał zakląć, ale wspomniał na instrukcję i powiedział:
- O, żaba.
Na to minister, wychylając się zza biurka spytał:
- A skąd tu k… znalazła się żaba?

Młody Szkot Jim umówił się na randkę ze swoją dziewczyną Mary. Przechadzają się główną ulicą miasta. W pewnym momencie przechodzą obok eleganckiej restauracji.
- Ach, jakie smakowite zapachy... - wzdycha Mary. Na to Jim:
- Podobają ci się? Jeśli tak, to możemy przejść się tędy jeszcze raz.

Młody Szkot wraca do domu z pierwszej randki.
- Jak się udała randka? - pyta tata chłopca.
- Całkiem nieźle, wydałem tylko 3 funty.
- Uuuuuu?
- Tato, ona więcej nie miała!!!

Szkot przechodzi koło sklepu i zauważa w witrynie napis "Koszule. Promocja!". Wchodzi do sklepu i prosi sprzedawczynię o wyjaśnienie na czym polega promocja.
- Co druga koszula jest za darmo - odpowiada sprzedawczyni.
- To proszę każdą drugą koszulę.

Na dyskotece w Niemczech zjawił się Rosjanin, z napisem na koszulce: "TURCY MAJĄ TRZY PROBLEMY".
Wkrótce stanął przed nim Turek, chłop jak byk:
- Ty, chcesz w dziób?
- Agresja - to jest pierwszy z waszych problemów - odpowiedział Rosjanin.
Ciągle szukacie zwady, nawet wtedy, kiedy nie ma żadnego powodu.
Dyskoteka się skończyła, Rosjanin wychodzi, a na zewnątrz czeka na niego tłum Turków.
- No, teraz się z tobą policzymy - krzyczą Turcy.
- A to jest drugi z waszych problemów - powiedział Rosjanin - nie potraficie załatwiać spraw po męsku, sam na sam, tylko zawsze musicie zwoływać wszystkich "swoich".
- Zaraz nam to odszczekasz! - wołają Turcy, wyciągając noże.
- I to jest trzeci z waszych problemów - westchnął ciężko Rosjanin - zawsze na strzelaninę przychodzicie z nożami...

Przychodzi pracownik do dyrektora - jestem zmuszony prosić pana o podwyżkę, ponieważ interesują się mną aż trzy inne firmy!...
- A mogę wiedzieć jakie to firmy? - pyta dyrektor.
- Zakład energetyczny, gazownia i wodociągi miejskie.

W restauracji mężczyzna pyta kelnera:
- Przepraszam, można dostać hasło do wi-fi.
- Najpierw trzeba coś zamówić.
- W takim razie poproszę PEPSI.
- Dietetyczną?
- Tak. Ile kosztuje?
- 10 zł.
- Dobrze, poproszę. A jakie jest to hasło?
- Najpierw trzeba coś zamówić. Małą literą, bez spacji.

Pewien człowiek napisał list do urzędu skarbowego:
Szanowni Państwo, nie mogę spać, wiedząc, że oszukałem kraj, zaniżając swój dochód. Załączam czek na sto pięćdziesiąt dolarów. Jeśli w dalszym ciągu będę miał problemy ze spaniem, przyślę resztę.

Dyskusja Polaka z Anglikiem na temat stopnia trudności swojego języka narodowego. Anglik próbuje udowodnić Polakowi, że jego język jest trudniejszy:
- Na przykład u nas pisze się Shakespeare, a czyta Szekspir:
- To jeszcze nic. - mówi Polak - U nas pisze się Bolesław Prus, a czyta Aleksander Głowacki!

Dwaj uzbrojeni bandyci wpadają do banku, każą klientom i obsłudze ustawić się pod ścianą i zaczynają odbierać im portfele i zegarki. Stoją tam między innymi dwaj kasjerzy. Jeden z nich wkłada nagle coś w rękę drugiego. Ten pyta się szeptem:
- Co to takiego?
- Pięćdziesiąt dolarów, które byłem ci winien.

Do ostatniego wagonu zatłoczonego pociągu w Zakopanem wsiada mężczyzna i zaczyna krzyczeć, że żmija mu uciekła. Pasażerowie słysząc to zaczęli uciekać do innych wagonów. Gdy już cały wagon był pusty, facet wszedł do przedziału, położył się na siedzeniu i zasnął mocno. Gdy się obudził, wyjrzał przez okno i zobaczył na peronie kolejarza. Pyta go:
- Jaka to stacja?
- Zakopane.
- Ale dlaczego ten pociąg nadal tu stoi?
- Panie, pociąg już pojechał, ale ktoś żmiję wypuścił w tym wagonie i musieliśmy go odczepić od składu pociągu.

Górskim szlakiem idzie wycieczka z przewodnikiem. Nagle z jasnego nieba uderza piorun i zabija wszystkich, z wyjątkiem przewodnika.
Pytanie: Dlaczego przeżył przewodnik?
Odpowiedź: Bo to był zły przewodnik.

Podczas pewnej wycieczki górskiej z przewodnikiem giną jej wszyscy uczestnicy oprócz przewodnika. Zostaje on skazany przez sąd na śmierć na krześle elektrycznym.
Po włączeniu generatora elektrycznego okazuje się, że skazaniec nadal żyje.
Pytanie: Dlaczego egzekucja się nie udała?
Odpowiedź: Bo to był zły przewodnik.

Warszawiak, Ślązak i Kaszub sa na wczasach w Egipcie. Płynąc łodzią wyławiają z wody zakorkowaną butelkę. Po otwarciu jej wylatuje z niej dżin i mówi:
- Za uwolnienie mnie spełnię wasze trzy życzenia, po jednym dla każdego.
Kaszub:
- Niech na Kaszubach woda w jeziorach będzie zawsze czysta, ryb będzie pod dostatkiem, a turyści będą porządnymi i bogatymi ludźmi.
Dżin:
- Jak chcesz. Zrobione.
Warszawiak:
- Wybuduj dookoła Warszawy ogromny mur, żeby odgrodzić ją od reszty tego zacofanego kraju i żeby żadni ciemni ludzie z prowincji nie przyjeżdżali do mojego miasta.
Dżin:
- Jak sobie życzysz. Załatwione. Teraz ty - dżin zwraca się do Ślązaka, który mówi:
- Powiedz mi coś więcej o tym murze wokół Warszawy.
- No, otacza całe miasto, jest betonowy, wysoki na kilometr i szeroki na trzy kilometry u podstawy. Mysz się nie prześlizgnie.
Na to Ślązak:
- Dobra. Nalej wody do pełna.

Do banku przychodzi mężczyzna i mówi, że chce pożyczyć dwieście dolarów na pół roku. Urzędnik pyta go, jakie zabezpieczenie może zaproponować.
- Mam Rolls Royce'a - odowiada mężczyzna. - Mogę go przekazać bankowi na czas trwania pożyczki.
Po pół roku mężczyzna zwraca pożyczkę oraz dziesięć dolarów odsetek i zabiera swój samochód. Na odchodne urzędnik bankowy pyta go:
- Przepraszam pana, ale dlaczego pożyczył pan dwieście dolarów, jeśli ma pan Rolls Royce'a?
- Musiałem na dłużej wyjechać do Europy, a gdzie mógłbym lepiej przechować mój samochód za dziesięć dolarów?

Dziennikarz przeprowadza wywiad z milionerem.
- Proszę pana, w ciągu tych wszystkich lat zbił pan niezłą fortunę. Jak się to panu udało?
- Zarobiłem wszystko, handlując gołębiami pocztowymi.
- Naprawdę? To fascynujące! Ile ich pan sprzedał?
- Tylko jednego. Ale on wciąż do mnie wracał.

Jean Paul, Amerykanin francuskiego pochodzenia przeprowadził się do Teksasu i kupił za sto dolarów osła. Farmer, który go sprzedał, zgodził się dostarczyć zwierzę następnego dnia. Jednak kiedy pojawił się u Jean Paula, powiedział:
- Przykro mi, ale osioł zdechł.
- Więc niech mi pan odda pieniądze.
- Nie mogę, już je wydałem.
- Dobra, to niech mi pan da tego osła.
- Co pan zrobi ze zdechłym osłem?
- Urządzę loterię fantową.
- To niemożliwe. Przecież ten osioł nie żyje.
- Sam pan zobaczy. Po prostu nikomu nie powiem, że zdechł.
Po miesiącu farmer spotkał tego mężczyznę i spytał, jak mu poszło.
- Doskonale - odparł tamten. - Sprzedałem pięćset losów po dwa dolary i zarobiłem dziewięćset dziewięćdziesiąt osiem dolarów.
- I nikt się nie skarżył?
- Tylko facet, który wygrał, więc zwróciłem mu jego dwa dolary.

Pewien kolekcjoner dzieł sztuki idzie ulicą, gdy nagle widzi parchatego kota, który pije mleko z wystawionego przed sklepem spodka. Przygląda się mu uważnie i widzi, że spodek jest bardzo stary i cenny, więc wchodzi jak gdyby nigdy nic do sklepu i mówi, że chętnie kupi kota za dwa dolary.
- Bardzo mi przykro, ale ten kot nie jest na sprzedaż - odpowiada właściciel sklepu.
- Bardzo proszę - mówi kolekcjoner. - Potrzebuję kota, bo mam w domu myszy. Zapłacę za niego dwadzieścia dolarów.
- Niech będzie - mówi właściciel i podaje mu kota.
- A czy za tę cenę nie mógłby pan jeszcze dorzucić tego spodka? - pyta od niechcenia kolekcjoner.
- Nie, niestety. Ten spodek przynosi mi szczęście. W tym tygodniu sprzedałem już trzydzieści osiem kotów.

Pewien nieudacznik podejrzewa żonę, że go zdradza. Któregoś dnia, gdy dzwoni do domu, słyszy, że żona z trudem łapie oddech. Wraca więc bez zapowiedzi, zakrada się do sypialni i otwiera drzwi na oścież. W środku zastaje nagich żonę i sąsiada. Widząc to, zaczyna się żalić, płacze, rwie sobie włosy z głowy. W końcu wyjmuje pistolet, przystawia go sobie do skroni i mówi:
- Nie zniosę tego, zabiję się!
Żona i sąsiad wybuchają śmiechem.
- Nie śmiejcie się - rzuca nieudacznik. - Wy będziecie następni!

Joe dostał w pracy bilet na rozgrywki Super Bowl, ale kiedy dotarł na stadion, okazało się, że ma miejsce w ostatnim rzędzie w rogu stadionu. W pierwszej kwarty udało mu się jednak wyśledzić przez lornetkę wolne miejsce bliżej boiska, i to prawie na środku. Postanowił więc zaryzykować i w czasie przerwy poszedł tam.
- Przepraszam, czy ktoś tu siedzi? - spytał mężczyznę zajmującego sąsiednie krzesełko.
- Nie.
- To niewiarygodne - wykrzyknął Joe. - Kto przy zdrowych zmysłach zrezygnowałby dziś z takiego miejsca?!
- W zasadzie to moje miejsce - zaczął wyjaśniać mężczyzna. Mieliśmy tu przyjść oboje z żoną, ale niestety zmarła. To pierwszy Super Bowl od naszego ślubu w 1967 roku, którego nie oglądamy razem.
- Bardzo mi przykro - powiedział Joe. - Ale przecież rodzina, znajomi... Mógł pan znaleźć kogoś na to miejsce.
Mężczyzna ze smutkiem potrząsnął głową.
- Niestety. Wszyscy są na pogrzebie.

Kowalski siedzi przy biurku w swoim gabinecie i analizuje dokumenty finansowe swojej firmy. Wchodzi sekretarka i mówi do niego:
- Za piętnaście minut rozpoczynają się uroczystości pogrzebowe pana zmarłej żony, a pan jest jeszcze w biurze. Czy pan zdąży tam dotrzeć na czas?
- Dziękuję za pani troskę, ale najpierw obowiązki, a potem przyjemność.

Al i Betty mieli po osiemdziesiąt trzy lata i od sześćdziesięciu lat byli małżeństwem. Nie należeli do najbogatszych, ale dzięki oszczędności jakoś sobie radzili. Nie chorowali też, a to głównie dlatego, że Betty nalegała, by odżywiali się jak najzdrowiej.
Kiedy lecieli na sześćdziesiątą piątą rocznicę ukończenia szkoły średniej, rozbił się ich samolot i oboje trafili do nieba. Przy bramie powitał ich święty Piotr, a następnie sam zaprowadził do pięknej rezydencji z meblami tapicerowanymi jedwabiem i inkrustowanymi złotem, w pełni wyposażoną spiżarnią i wodospadem w łazience. Zauważyli tam służącą, która rozwieszała w szafie ich ulubione ubrania. Oboje aż westchnęli, kiedy święty Piotr powiedział:
- Witajcie w niebie. To jest teraz wasz dom. Oto wasza nagroda.
Al wyjrzał przez okno i jego oczom ukazało się pełnowymiarowe pole do golfa, najpiękniejsze, jakie w życiu widział. Święty Piotr zaprowadził ich do klubu, gdzie na stole zobaczyli najrozmaitsze frykasy, poczynając od homarów poprzez filet mignon, aż po wspaniałe kremowe desery. Al zerknął nerwowo na Betty, a potem zwrócił się do gospodarza:
- A gdzie są niskokaloryczne dania z małą zawartością cholesterolu?
- I to jest najlepsza wiadomość. Możecie jeść, co chcecie i ile chcecie, a i tak nigdy nic wam nie będzie. Jesteście w niebie!
- I nikt nie będzie mierzył mi ciśnienia ani sprawdzał poziomu cukru? - dopytywał się Al.
- Nigdy więcej - zapewnił święty Piotr. - Macie się tu po prostu dobrze bawić.
Al spiorunował wzrokiem żonę i mruknął:
- Ty i te twoje głupie otręby! Mogliśmy już tu być dziesięć lat temu!

Pewna para w średnim wieku z północnej części USA zatęskniła w środku mroźnej zimy do ciepła i zdecydowała się pojechać na dół, na Florydę i mieszkać w tym hotelu, w którym spędziła noc poślubną 20 lat wcześniej. Mąż miał dłuższy urlop i wyjechał z domu dzień wcześniej. Po zameldowaniu się w hotelu odkrył, że w pokoju jest komputer i postanowił wysłać e-maila do żony. Niestety pomylił się w adresie o jedną literę. Wskutek tego e-mail trafił do Houston, do wdowy po pastorze, która właśnie wróciła do domu z pogrzebu męża i chciała sprawdzić, czy w poczcie elektronicznej są jakieś kondolencje od rodziny i przyjaciół. Jej syn znalazł ją zemdloną przed komputerem i przeczytał na ekranie: Do: Moja ukochana żona. Temat: Jestem już na miejscu. Wiem, że jesteś zdziwiona otrzymaniem wiadomości ode mnie. Teraz mają tu komputery i wolno wysłać e-maila do najbliższych. Właśnie zameldowałem się. Wszystko jest przygotowane na Twoje przybycie jutro. Cieszę się na spotkanie. Mam nadzieję, że Twoja podróż będzie równie bezproblemowa jak moja. PS: Tu na dole jest naprawdę gorąco...

Pewnego czwartku teściowa mówi przy kolacji:
- Chciałabym po śmierci być pochowana na cmentarza parafialnym blisko kaplicy.
W piątek po południu wraca jej zięć z pracy i zwraca się do teściowej:
- Co do mamy wczorajszego życzenia, załatwiłem takie miejsce na cmentarzu, ale powiedziano mi, że rezerwację będą trzymać tylko do przyszłego poniedziałku.

Kobieta po godziwym życiu przeszła na "drugą stronę". Zobaczyła drzwi do raju i pewnym krokiem uderza prosto do nich. A tu św. Piotr zatrzymuje ją:
— Chwileczkę, tu obowiązuje punktacja.
— Jaka punktacja?
— No, co dobrego zrobiłaś w swoim ziemskim życiu.
— Jak to co? Całe życie byłam wierną żoną i troskliwą matką!
— No dobrze, 10 pkt. Co jeszcze?
— Jeszcze? Syn jest księdzem, wiernym, uczciwym, oddanym.  — No dobrze, plus 5 pkt. Co jeszcze?
— Jeszcze?... O, pomagałam chorej sąsiadce, całkowicie bezinteresownie!
— No dobrze, plus 1, niech będzie plus 2.
— Św. Piotrze, a ile tych punktów potrzeba?
— Nooo, 10 tys.
Kobieta jęknęła: — Jezu, pomóż!
Na co św. Piotr: — Wystarczy, możesz wejść!

Pewna wierząca kobieta wychodzi codziennie rano przed dom i woła:
- Chwała Panu!
Po niej wychodzi przed dom ateista i krzyczy:
- Nie ma żadnego Boga!
Ciągnie się to tygodniami. Kobieta woła: „Chwała Panu", a ateista: „Nie ma żadnego Boga".
Czas mija, kobieta wpada w tarapaty finansowe i nie może sobie kupić jedzenia. Wychodzi więc przed dom i prosi Boga o jakieś produkty, a następnie woła: „Chwała Panu".
Następnego ranka znajduje przed domem potrzebne jej produkty. Oczywiście natychmiast wznosi ręce do nieba i woła:
- Chwała Panu!
W tym momencie zza krzaka wyskakuje ateista i mówi:
- Ha, ha! To ja zrobiłem te zakupy. Nie ma żadnego Boga!
Kobieta patrzy na niego z uśmiechem.
O chwała Ci, Panie! - woła. - Nie tylko dałeś mi te produkty, ale jeszcze zmusiłeś szatana, by za nie zapłacił!

Pewien mężczyzna wpadł do głębokiej studni. Przeleciał dobrych kilka metrów, zanim udało mu się uchwycić jakiegoś korzenia. Czując, że zaczyna brakować mu sił i może lada chwilę polecieć dalej, krzyczy:
- Czy jest tam kto? Na pomoc!
Odpowiada mu cisza. Podnosi wzrok ku górze, ale widzi tylko zachmurzone niebo. Nagle zza chmur wyłania się słońce i jego jasny promień oświetla studnię. Słychać potężny głos:
- To ja, Bóg. Puść korzeń, a ocalę cię.
Mężczyzna zastanawia się przez chwilę, a potem krzyczy jeszcze głośniej:
- Czy jest tam ktoś jeszcze?!

Pewien człowiek znalazł się w poważnych kłopotach finansowych i zaczyna wznosić modły do Boga, by pozwolił mu wygrać pieniądze na loterii. Po upływie dłuższego czasu, kiedy jego sytuacja nie zmieniła się, ponownie zwraca się do Boga:
- Panie, Ty mówisz: Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone. Moja sytuacja finansowa jest nadal tragiczna, a jeszcze nie udało mi się nic wygrać.
Na to słyszy głos z nieba:
- To może byś tak przynajmniej kupił los, co?

Na posterunku policji mężczyzna zgłasza kradzież roweru:
- Skradziono mi rower!!!
- Miał dzwonek?
- Nie!
- A światełko odblaskowe?
- Nie!
- To płaci pan mandat!

W trakcie rozmowy kwalifikacyjnej:
- Jakie są pana mocne strony?
- Szybko liczę.
- Ile to jest 53 razy 12?
- Osiem.
- Źle pan policzył.
- Ale za to szybko.

Do pracy przy hodowli zwierząt zgłasza się pewien facet. Dyrektor hodowli pyta go:
- A co potrafi?
- Może zainteresuje pana fakt - odpowiada interesant - że rozumiem mowę zwierząt.
- Taak? - pyta zdziwiony dyrektor.
- To chodźmy do krówek zobaczymy, co pan potrafi.
Wchodzą do obory a tu krasula "MUU".
- Co ona powiedziała?
- Że daje 10 litrów mleka, a wy wpisujecie tylko 4.
- O kurde! A teraz chodźmy do świnek.
Wchodzą do chlewni a tu "CHRUM, CHRUM".
-A ta, co powiedziała?
- Że daje 5 prosiąt, a wy wpisujecie 3.
- Ooo... chodźmy jeszcze do baranów.
W drodze przez podwórze mijają kozę a ta "MEEEE".
- Pan jej nie słucha - mówi szybko dyrektor - to było dawno i byłem wtedy pijany.

Icek był w bogatym domu, w którym poczęstowano go świąteczną babką. Po powrocie do domu opowiada swojej żonie Racheli o smakołykach, jakie spożywają bogacze.
- Wróć tam i poproś kucharkę o przepis, a upiekę Ci taką samą. - mówi Rachela.
Po rozmowie z kucharką Icek podaje Racheli przepis: - Bierze się dziesięć jaj.
- Na to nas nie stać, wystarczą dwa - mówi Rachela.
- Funt masła...
- Masło jest drogie. Obejdzie się bez masła. Dalej...
- Ćwierć kilo rodzynek...
- Aj, Ty masz rozum? A bez rodzynek, myślisz, ciasta nie będzie?
- Funt białej mąki pszennej.
- My mamy tylko czarną.
- Niech będzie czarna... To wszystko wkłada się do formy i piecze w piekarniku.
- Nie mamy ani formy, ani piekarnika. Ale upiekę babkę na gorącym popiele.
Po pewnym czasie Rachel kosztuje świeżo upieczoną babkę, szybko wypluwa ją i powiada:
- No, że ci bogacze jedzą takie paskudztwo!

Któregoś dnia Mosiek wróca do domu, wyglądając na zmartwionego.
- Czym ty się martwisz? - pyta go Salci, jego żona.
- Mam jutro oddać dług Ickowi, a nie mam pieniędzy.
Na to Salci otwiera okno i woła Icka. Kiedy ten pojawił się w swoim oknie, mówi do niego:
- Mosiek ma ci jutro oddać dług, ale nie ma pieniędzy i ci go zwróci.
Następnie zamyka okno i zwraca się do męża:
- Ty się już tym nie martw, niech się teraz Icek tym martwi.

Obok siebie były trzy podobne sklepy, prowadzone przez Żydów, ale interes nie szedł im dobrze.
Aby przyciągnąć klientów, właściciel pierwszego sklepu na witrynie sklepu napisał: RABAT 25%.
Za chwilę w oknie drugiego sklepu pojawił się napis: RABAT 50%.
Na to trzeci Żyd umieścił nad wejściem do swojego sklepu duży napis: GŁÓWNE WEJŚCIE.

Mosiek zaprosił Icka do siebie. Stół nakrył serwetą i postawił na nim duży talerz z dwoma śledziami - jeden był większy niż drugi.
Icek siada przy stole, bierze większego śledzia i nakłada go na swój talerz. Gospodarz patrzy na niego z dezaprobatą i mówi:
- Wziąłeś większego śledzia.
- A ty jakiego byś wziął?
- Oczywiście mniejszego.
- To o co ci chodzi?

Icek, właściciel sklepu, jest na łożu śmierci. Wokół niego zebrała się smutna rodzina. Umierający otwiera oczy, rozgląda się wokół i pyta słabym głosem:
- Czy jest tu Salci, moja żona?
- Tak jestem przy tobie.
- A czy jest tu Rachela, moja córka?
- Tak, jestem tu tate.
- A czy jest tu Mojsze, mój syn?
- Tak, jestem tu tate.
- No to kto pilnuje interesu?

Mosiek chwali się Ickowi:
- Zobacz, mam nowy zegarek.
- Bardzo mi się podoba, skąd go masz?.
- Od mojego tate, sprzedał mi go na łożu śmierci.

Birnbaum wraca do domu z kuponem kupon - kawałek tkaniny przeznaczony do uszycia jednego ubrania, jednej sukienki itp. wełnianego materiału i mówi do syna:
- Spójrz, jaki dobry materiał kupiłem sobie na ubranie.
Syn ogląda go uważnie, lecz tylko z lewej strony.
- Dlaczego interesuje cię lewa strona materiału?
- Chciałem zobaczyć, tate, co będę nosił po przenicowaniu twojego ubrania.

Icek sprzedaje lody. Na wózku z lodami jest napis: "Żydom lodów się nie sprzedaje". Przechodzi obok rabin, czyta napis i pyta:
- Icek, co ty, antysemita jesteś?
- Rabbi, a ty próbowałeś tych lodów?

Apfelbaum poszedł po poradę do znanego lekarza. Po badaniu daje lekarzowi dwadzieścia złotych, na co ten mówi:
- Przepraszam pana, ale moje honorarium jest wyższe.
- Och, nie wiedziałem i mam przy sobie tylko dwadzieścia złotych.
- Dobrze, ale na przyszłość proszę pamiętać, że wizyta u mnie kosztuje pięćdziesiąt złotych.
- Pięćdziesiąt? A mnie mówiono, że trzydzieści.

- Rebe, ile to jest dwa razy pięć?
- Mosze, a ty kupujesz, czy sprzedajesz?

Do domu bankiera Goldberga przychodzi Liebeskind, który oświadcza, że chce ożenić się z jego córką Rachelą. Apfelbaum mówi mu:
- Liebeskind, ani pan nie myśl o poślubieniu mojej córki?! Nie masz pan ani interesu, ani pieniędzy, ani nawet posady!
- Tak... ale mam widoki...
- Co? Widoki? W takim razie panu potrzebna lornetka, a nie moja córka!

Katz, który ma na wydaniu brzydką córkę Rachelę zaprosił do siebie Apfelbauma mówi mu:
- Panie Apfelbaum, moja córka Rachel, gdy wyjdzie za mąż dostanie kamienicę, auto i 100 tys. zł w gotowiźnie i kosztownościach. Kiedy ślub?
- Ale ona jest taka brzydka, panie Katz.
- Ale, panie Apfelbaum, cóż znaczy jedna mała wada przy tylu wielkich zaletach?

Na obiedzie urodzinowym swojej żony Icek Blumsztajn mówi:
- Muszę powiedzieć, że moja żona jest wspaniała!
Na te słowa jego matka bierze go na bok i pyta:
- Icek, jak mogłeś powiedzieć, że ta twoja ruda, brzydka wiedźma jest wspaniała?
- Ależ mame, ja nie powiedziałem, że jest wspaniała. Ja powiedziałem, że muszę tak powiedzieć.

Pani Goldstein idzie z dwójką wnuków ulicą. Zatrzymuje ją jej znajoma Apfelbaum i pyta:
- Ile lat mają ci wspaniali chłopcy?
- Lekarz pięć, a prawnik siedem - odpowiada pani Goldstein.

Żydówka obserwuje swojego wnuczka, który bawi się na plaży. Nagle wielka fala unosi go na morze. Babcia zaczyna wzywać Boga:
- Błagam, Panie, ocal mego jedynego wnuczka!
Po chwili inna wielka fala wyrzuca dziecko na plażę. Babcia patrzy na wnuczka, potem kieruje wzrok ku niebu i mówi:
- Ale on miał czapeczkę.

Do Urzędu Stanu Cywilnego przychodzi Żyd i mówi, że chce zmienić nazwisko.
- Na jakie?
- Chciałbym się nazywać Kowalski.
- A jak się pan teraz nazywa?
- Malinowski.
- Panie Malinowski, pan już ma ładne nazwisko. Dlaczego chce pan je zmienić??
- Jak mnie kiedyś zapytają o moje poprzednie nazwisko, to chcę powiedzieć - "Malinowski".

Po II wojnie światowej, na ulicy w Warszawie mija się dwóch mężczyzn. Wtem jeden odwraca się i woła za drugim:
- Panie Apfelbaum, panie Apfelbaum.
Kiedy ten nie zatrzynuje się, wołający biegnie za nim i chwyta go za ramię. Zatrzymany mówi:
- To jakaś pomyłka! Ja nazywam się Jabłoński.
- Panu to dobrze, panie Apfelbaum der Apfelbaum - [niem.] jabłoń. Pan się możesz nazywać Jabłoński. A jak ja, Liebeskind das Liebeskind - [niem.] dziecko/owoc miłości, mam się teraz nazywać?

Do przedziału wchodzi dwóch rabinów i siada obok siebie. Po dłuższym czasie, jeden z pasażerów zwraca się do nich:
- Zauważyłem, że panowie nie rozmawiają w ogóle ze sobą.
Jeden z nich odpowiada:
- Ja wiem wszystko i rebe Alter wie wszystko, to o czym my mamy rozmawiać?!

Zmarł Icek Blumsztajn. Na uroczystości żałobnej zebrali się jego krewni i znajomi. Kiedy nadszedł czas na mowy pogrzebowe, nikt się nie poruszył. Rabin odczekał chwilę, a potem zaczął się irytować.
Przypomniał zebranym, że mają obowiązek powiedzieć coś dobrego o zmarłym.
- Ktoś musi przecież znać jego zalety.
I znowu cisza. Jednak po pewnej chwili wstał jakiś starszy mężczyzna na końcu sali.
- Trzeba oddać sprawiedliwość Ickowi - rzekł drżącym głosem. - Jego brat Mosze był jeszcze gorszy.

W bożnicy jakiś cadyk głośno zawodzi w czasie modlitwy i podnosi głos coraz wyżej. Stojący obok chasyd, nie mogąc się skupić, mówi do cadyka:
- Słuchaj, nie wrzeszcz tak na Boga! Po dobroci wskórasz więcej….

W synagodze modli się po cichu dwóch żydów. Niedaleko nich Mosze Zucker powtarza coraz głośniej:
- Panie, brakuje mi pieniędzy na życie, daj mi wygrać chociaż 1000 złotych w totolotka.
Po chwili jeden z żydów podchodzi do niego, daje mu 1000 złotych i mówi:
- Mosze, ty idź do domu i nie przeszkadzaj nam modlić się o naprawdę duże pieniądze.

Pani od matematyki przepytuje uczniów:
– Kowalski, podaj przykład liczby dwucyfrowej!
– Trzydzieści jeden…
– Tak? A dlaczego nie trzynaście? Siadaj! Pała! Nowak, twoja kolej, podaj przykład dwucyfrowej liczby!
– Czterdzieści pięć…
– A czemu nie pięćdziesiąt cztery? Siadaj! Pała! Rabinowicz, przykład liczby dwucyfrowej!
– Dwadzieścia dwa.
– Tak? A czemu nie… Ehh, Rabinowicz, ty i te twoje żydowskie żarty. Siadaj, dostateczny!

Przychodzi szeregowy Rozencwajg do sierżanta i mówi:
– Proszę o przepustkę na trzy dni.
– A po co wam, Rozencwajg, trzy dni urlopu
– Bo ja mam, panie sierżancie, immatrykulację.
– Ej, Rozencwajg, wy i te wasze żydowskie święta!

Jak powstał drut aluminiowy?
- Poznaniak i Krakowiak, idąc razem, znaleźli na drodze złotówkę. Obydwaj chwycili palcami monetę i zaczęli ją ciągnąć, każdy w swoją stronę.

Rodzina siedzi przy stole. Wtem pukanie do drzwi. Gospodarz otwiera drzwi i rozgląda się wokół. Spostrzega, że na progu stoi mała śmierć.
Przestraszony, mówi do niej:
- Proszę, nie zabieraj mnie, mam rodzinę, małe dzieci i jestem jeszcze młody.
Na to mała śmierć:
- Bez paniki, ja po chomika.

Sroka siedzi na gałęzi brzozy. Wtem do drzewa podchodzi krowa i zaczyna się wspinać na nie. Sroka w szoku obserwuje, jak krowa spokojnie sadowi się koło niej na gałęzi, wreszcie pyta się krowy:
- Krowa, co Ty robisz?
- No przyszłam pojeść sobie wisienek - mówi krowa.
- Ty, Krowa... ale to jest brzoza, a nie wiśnia...
- Spoko... Wisienki mam w słoiczku...

Stoją dwie krowy na łące i gadają:
- Słyszałaś o tej chorobie?
- Słyszałam!
- Szaleją krowy, co?
- Oj, szaleją jak jasna cholera!
- Dobrze, że nam pingwinom to nie grozi.

Na pastwisku są dwie krowy. Jedna mówi do drugiej:
- Słyszałaś, że teraz szaleje choroba wściekłych krów?
Ta odpowiada:
- Mnie to nie dotyczy. Jestem helikopterem.

Synek wielbłąda pyta tatę:
- Tato, po co nam te garby?
- Widzisz synku, kiedy przemierzamy pustynię przechowujemy w nich wodę, która jest nam potrzebna na długą wędrówkę.
- A po co nam takie szerokie kopyta?
- Żeby nam było łatwiej iść po piasku.
- A po co nam tak gęsta sierść?
- W dzień chroni nas przed palącym słońcem, a nocą przed chłodem pustyni.
- Tato, a po co nam to wszystko skoro my mieszkamy w ZOO?

Rozmawiają dwa ślepe konie:
- Może weźmiemy udział w Wielkiej Pardubickiej?
- Nie widzę przeszkód!!

W szafie siedzą dwa komary, stary i młody. Młody mówi:
- Idę sobie polatać.
Na to stary:
- Uważaj jak będziesz wylatywał z szafy.
Po powrocie młodego do szafy stary pyta go:
- Jak było?
- Chyba dobrze, bo wszyscy klaskali.

Wiejską drogą jedzie na rowerze niedźwiedż. Chodnikiem idzie kobieta, która widząc niedżwiedzia krzyczy:
- Ooo! Cyrk przyjechał!
Na to zdziwiony niedźwiedź:
- Jaki cyrk? Jadę do kumpla na ryby!

Drogą jechało trzech rowerzystów. Na rozwidleniu jeden pojechał w prawo, drugi w lewo, a trzeci za nimi...

Milioner zwiedza stary szkocki zamek, który zamierza kupić. Po budowli oprowadza go stary służący.
- Mówiono mi, że tu straszy.
- Bzdury! Mieszkam tu od ponad 300 lat i niczego nie widziałem.

- Czy pan umie grać na fortepianie?
- Nie wiem, bo nigdy jeszcze nie grałem na nim.

- Te indyki na stoisku mrożonek są takie małe. Może będą większe?
- Nie, proszę pani, one nie żyją.

- Lepiej być garbatym czy głupim?
- Głupim, bo tego nie widać od razu.

Spotykają się dwie blondynki i jedna mówi:
- Czy wiesz, że w tym roku Sylwester wypada w piątek?
Na to druga:
- Żeby tylko nie trzynastego.

Blondynka siedzi w samolocie obok prawnika, który nakłania ją, by zagrała z nim w zagadki, żeby sprawdzić, które z nich dysponuje większą wiedzą. W końcu mówi, że będzie jej płacił w stosunku jeden do dziesięciu. Jeśli ona nie będzie znała odpowiedzi, zapłaci mu pięć dolarów. A jeśli on, to da jej pięćdziesiąt. Kobieta zgadza się zagrać, więc mężczyzna pyta:
- Jaka jest odległość z Ziemi do najbliższej gwiazdy?
Blondynka w milczeniu podaje mu banknot.
- Co wchodzi na górę na trzech nogach, a schodzi na czterech? - pyta go ona z kolei.
Mężczyzna myśli długo, ale w końcu musi jej dać pięćdziesiąt dolarów.
- Co to takiego? - pyta.
Blondynka ponownie bez słowa wręcza mu pięć dolarów.

Spotyka się dwóch blondynów.
- Skąd masz taki super rower?
- Wczoraj spotkałem super dziewczynę jadącą tym rowerem, która na mój widok się zatrzymała, rozebrała do naga i powiedziała: "Bierz, co chcesz!" - więc wziąłem rower.
- Dobrze zrobiłeś, jej ubranie pewnie by nie pasowało na ciebie.

Na swoich piątych urodzinach dziewczynka pyta:
- Mamusiu, a skąd ja się wzięłam na świecie?
- Znaleźliśmy cię w kapuście, maleńka.
- W kapuście? W styczniu?
- Tak, w kapuście kiszonej, córeczko - mówi tata.

Rozmawiają dwie przyjaciółki. Jedna mówi:
- Wiesz, wczoraj mój mąż nie wrócił na noc do domu.
Powiedział, że spał u przyjaciela.
Zadzwoniłam do jego pięciu najlepszych kumpli.
- I co?
- Okazało się, że u dwóch spał, a u trzech jeszcze śpi.

Spotykają się dwie przyjaciółki. Jedna mówi:
– Chcę się rozwieść.
– Co się stało?
– Mąż traktuje mnie jak psa!
– Bije cię?
– Nie. Chce, żebym mu była wierna…

Dwie blondynki patrzą na księżyc i jedna mówi:
- Myślisz, że tam jest życie?
Na to druga:
- Pewnie, przecież pali się tam światło.

Blondynka wstaje z łóżka i podchodzi do okna. Mąż się pyta:
- Jaka jest dzisiaj pogoda?
- Nic nie widzę, bo jest mgła i pada deszcz.

Uliczny automat z wodą sodową z czasów PRL-u

Przed ulicznym automatem do sprzedaży wody sodowej stoi blondynka. Wrzuca monetę, czeka, aż szklanka napełni się wodą, wypija, ponownie wrzuca monetę do automatu i tak bez konca. Ludzie stojący za nią w kolejce niecierpliwią się.
- Niech się pani pospieszy!
- Nie ma głupich, ja cały czas wygrywam!

Na plan filmowy przychodzi blondynka z reklamówką na głowie. Reżyser się pyta:
- Co pani tu robi?
- Ktoś mi powiedział, że mam zagrać w reklamówce.

Blondynka czyta książkę przyrodniczą i w pewnej chwili mówi do męża:
- Wiesz kochanie, że płazy mają mózg?
Na to mąż:
- Niemożliwe, żabciu.

- Jak blondynka zabija karpia na Święta Bozego Narodzenia?
- Topi go w wodzie!.

Blondynka wypełnia formularz:
IMIĘ: Anna
NAZWISKO: Kowalska
URODZONA: Tak.

Blondynka podchodzi do kiosku i mówi:
- Poproszę bilet za złotówkę.
- Proszę bardzo.
- Ile płacę?

Blondynka jedzie samochodem pod prąd. Zatrzymuje ją policjant i pyta:
- Czy pani wie gdzie jedzie?
- Tak, jadę na zebranie, ale chyba się już skończyło, bo widzę, że wszyscy wracają.

W torebce blondynki dzwoni komórka. Blondynka wkłada rękę do torebki i grzebie w niej. Po chwili niepowodzeń mówi:
- Wygląda, że ją zgubiłam

Dwie młode kobiety rozmawiały o randkach z mężczyznami. Jedna narzekała, że nikt jej nigdy nigdzie nie zaprasza, podczas gdy druga z nich dostaje propozycje wyjścia każdego wieczoru. Znajoma wyjaśniła jej:
- Problem w tym, że ty nic nie czytasz. Mężczyźni są bardzo inteligentni, lubią rozmawiać o filozofii, literaturze, historii i nauce. Zacznij czytać książki. Dzięki temu będziesz mogła powiedzieć im coś interesującego podczas rozmowy.
Po wielu tygodniach studiowania książek młoda kobieta została wreszcie zaproszona na randkę. Kiedy tylko usiadła z chłopakiem przy stole, oznajmiła:
- Czy to nie okropne, co przydarzyło się Marii Antoninie?

Na plaży rozlega się płacz chłopczyka. Podbiega do niego mama i pyta:
- Co się stało?
- Uderzyło mnie jedno dziecko - odpowiada maluch.
- To był chłopiec czy dziewczynka?
- Nie wiem, bo było bez ubranka.

Pani kazała dzieciom napisać wypracowanie "Jak wyobrażam sobie pracę dyrektora".
Wszystkie dzieci piszą, tylko Jaś siedzi bezczynnie.
- Jasiu, dlaczego nie piszesz? - pyta nauczycielka?
- Czekam na sekretarkę.

Pani pyta dzieci w klasie, kim chciałyby być w przyszłości.
- Lekarzem - odpowiada jedno dziecko.
- Nauczycielem - mówi inne dziecko.
- A ty Jasiu, kim chciałbyś zostać?
- Ja chciałbym być bogaczem.
- Dlaczego?
- Mógłbym kupić mojej żonie Rolls-Royce'a, którym szofer woziłby ją do fryzjera i krawca, i Jaguara, którym jeździałby na spotkania z przyjaciółkami, oraz Lamborghini Huracan do przejażdżek ze swoim pieskiem. Kupiłbym jej też mały odrzutowiec, aby latała na wakacje do ciepłych krajów. I oczywiście kupiłbym jej kolię diamentową, złotą bransoletkę i złoty pierścionek.
- Rozumiem, Jasiu. A ty Franku? - Do niedawna chciałem zostać kierowcą autobusu albo maszynistą kolejowym, ale teraz to ja chciałbym być żoną Jasia.

Pani pyta dzieci w klasie, kim chciałyby być w przyszłości.
- Lekarzem - odpowiada jedno dziecko.
- Adwokatem - mówi inne dziecko.
- A ty Jasiu, kim chciałbyś zostać?
- Menelem.
- Dlaczego??
- Nie musiałbym pracować, opieka społeczna dbałaby o mnie, nie musiałbym za nic odpowiadać, a mógłbym robić na co mi ochota przyjdzie.
Po 20 latach Jasiu patrzy przez okno w swoim wielkim biurze na ostatnim piętrze wieżowca w Dubaju, czekając na prywatny śmigłowiec, który ma go zabrać na lotnisko, gdzie stoi jego prywatny odrzutowiec, i myśli: gdzie ja popełniłem błąd???

Pani pyta Jasia:
- Jasiu, dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole?
- Bo musiałem iść z krową do byka.
- A nie mógł tego zrobić twój tata?
- Nie, to musiał zrobić byk.

Pani od biologii do Jasia:
- Jasiu, wymień 5 zwierząt afrykańskich.
Na to Jaś:
- 2 małpy i 3 słonie.

Pani pyta Jasia:
- Jasiu, jak nazywa się samolot do przewozu owiec?
- Transportowiec.

Jasiu, chcesz się napić herbaty?
- Tak!
- To wstań i zrób sobie.
- To nie chcę!
- To siedź i nie kłam.

Dziadek dał Jasiowi 20 zł na urodziny. Mama mówi:
- Jasiu, podziękuj dziatkowi.
- Ale jak?
- Powiedz tak, jak ja mówię, gdy tatuś daje mi pieniążki.
Na to Jasiu do dziadka:
- Czemu tak mało?

Po rozdaniu świadectw na końcu roku szkolnego Jasiu wraca do domu, patrzy na swoje świadectwo i mówi do siebie:
- Jeszcze lanie, a potem wakacje do września.

Jasio napisał na tablicy zdanie: "Fczoraj byłem f szkole".
Czy twój kolega napisał dobrze to zdanie? - pyta nauczycielka innego ucznia.
- Jasne, że nie. Przecież wczoraj była niedziela!

Nauczyciel kazał Jasiowi napisać 100 razy: "Nie bedę mówił TY do nauczyciela."
Na drugi dzień Jasio przyniósł zeszyt, w którym to zdanie było napisane 200 razy.
- Dlaczego napisałeś 200 razy? Kazałem tylko 100...
- Żeby ci zrobić przyjemność, bo cię lubię stary!

Nauczycielka pyta Jasia:
- Jaki to czas? "Jestem piękna."
Jaś:
- Czas przeszły.

Pytał raz nauczyciel ucznia swego w szkole:
Czy ludzie posiadają własną wolną wolę?
Nie — odpowie żak — bowiem gdybym ja miał wolną wolę,
to z pewnością byś, panie, nie widział mnie w szkole.

Ekipa transportowa wnosi pianino na 40 piętro. Jeden z nich mówi:
- Mam dwie wiadomości, dobrą i złą.
- Wal, zacznij od dobrej.
- Jesteśmy już na czterdziestym piętrze.
- A zła?
- Pomyliliśmy wieżowiec.

Robotnicy na budowie:
- Rzucajmy monetą, jak wyjdzie reszka, to gramy w karty.
- A jak wyjdzie orzeł?
- To idziemy na piwo.
- A jak stanie na sztorc? - No, to siła wyższa, bierzemy się do roboty.

Na budowie:
- Ilu was tu pracuje?
- Jak majster jest, to siedmiu.
- To znaczy, że jak majstra nie ma, to sześciu?
- Nie, jak majstra nie ma, to nikt nie pracuje.

Kolega do kolegi:
- Chodź na wódkę!
- Nie mogę, bo jak zacznę pić, to nigdy nie wiem kiedy skończyć.
- To proste, powiem ci co robić.
- Hm??
- Jak wejdziesz do baru, to rozglądnij się i wybierz wzrokiem najbrzydszą kobietę na sali.
Co jakiś czas spójrz na nią. Jak ci się zacznie podobać, przestań pić i idź do domu.

Nowak po mocno zakrapianym spotkaniu z kolegami z pracy wrócił utrudzony późną nocą do domu. Następnego dnia rano żona mówi:
- Musiałeś wrócić do domu bardzo późno. Już spałam, ale nagle obudziłam się, bo usłyszałem straszny huk, jakby coś spadło na podłogę. Co to było?
- To upadła moja kurtka na ziemię.
- A cóż w środku tej kurtki było, że hałas był tak wielki?
- Ja w niej byłem.

Na dworzec kolejowy wjechał pociąg. Ludzie stojący na peronie przyglądali się starszemu kolejarzowi, który szedł wzdłuż pociągu i młotkiem na długim trzonku uderzał w każde koło wagonów. Jeden z podróżnych, zaciekawiony czynnością kolejarza, podszedł do niego i zapytał głośno, przekrzykując dworcowy hałas:
- Dlaczego pan uderza młotkiem każde koło?
Kolejarz nie zatrzymał się i nie odpowiedział na pytanie. Podróżny powtórzył pytanie jeszcze głośniej. Znowu bez rezultatu. Wtedy podszedł do niego zawiadowca stacji w czerwonej czapce i powiedział:
- Nie ma go co pytać, bo jest głuchy. Co do pańskiego pytania - on sprawdza czy koła i osie są nieuszkodzone. Uszkodzone zestawy kołowe po uderzeniu młokiem wydają inny dźwięk niż dobre.

Pewien człowiek chodził co niedzielę do kościoła. Za każdym razem wychodząc z kościoła dawał żebrakowi 10 zł. Tak działo się od dłuższego czasu, ale pewnej niedzieli dał żebrakowi 5 zł. Wtedy ten zapytał:
- A dlaczego tylko 5 złotych? Zawsze było 10.
- Bo posłałem syna na studia.
- No dobrze, ale dlaczego na mój koszt??

Przy kasie na przystani nad jeziorem Genezaret stoi turysta i pyta:
- Ile kosztuje przejażdżka łodzią po jeziorze?
- 500 dolarów.
- To bardzo drogo!!
- Owszem, ale po tym jeziorze chodził Jezus Chrystus!
- Nie dziwię się, przy takich cenach!

Dziennikarz przeprowadza sondę uliczną w małej miejscowości i pyta przechodzącą kobietę:
- Co pani robi w wolnym czasie?
- Jak mam wolny czas, to sobie siedzę i pomyślę, a jak nie mam czasu, to sobie ino siedzę.

Przy szlaku turystycznym prowadzącym w Wysokie Tatry stoi dom góralski. Wędrujący tym szlakiem turyści, widząc gazdę krzątającego się wokół domostwa, często zagadywali go o różne rzeczy. Pewnego razu turyści zauważyli, że góral od paru dni siedzi przed domem i nic nie robi. Pytają go więc:
- Gazdo, powiedzcie nam, co tam dziś robicie.
- A dyć, panocki, jak widzicie, nic.
- No, ale wczoraj też mówiliście nam, że nie robicie nic.
- A dyć to prowda. Wcora nie robiłek nic, alek nie skońcył i pewnie mi jesce z tym zejdzie troche.

Na Polanie Głodówka turystka podziwia panoramę Tatr. Koło niej przechodzi góral. Pełna entuzjazmu mówi do niego:
- Macie tu, gazdo, piękne widoki.
- Hej, byłyby piknieysze, kieby nie te góry.

Nad Morskim Okiem siedzi stary góral. Przechodzący turyści pozdrawiają go i pytają:
- Co tu robicie?
- Łowię pstrągi.
- Przecież nie macie wędki.
- Pstrągi łowi się na lusterko.
- W jaki sposób?
- To moja tajemnica. Ale jeśli dostanę flaszkę, to ją wam zdradzę.
Turyści wrócili do schroniska, kupili butelkę wódki i zanieśli ją góralowi.
On tłumaczy...
- Wkładam lusterko do wody, a kiedy pstrąg podpływa i zaczyna się przeglądać to ja go kamieniem i już jest mój...
- Ciekawe... A ile już tych pstrągów złowiliście?
- Jeszcze ani jednego, ale mam z pięć flaszek dziennie...

Idzie drogą turysta. Widzi furmankę i pyta górala:
- Gazdo, daleko do Zakopanego.
- A bedzie, panocki, z pięć kilometrów.
- A mogę się zabrać z wami?
- Hej, siadojcie.
Po dłuższym czasie turysta pyta górala:
Gazdo, daleko jeszcze do Zakopanego?
Teraz bedzie z dziesięć kilometrów.

Koło żebraka przechodzi dobrze ubrana, korpulentna pani. Żebrak mówi do niej:
- Nie jadłem od 4 dni.
Na to ona:
- Chciałabym mieć taką silną wolę.

Zimą 1942 roku w siedzibie Gestapo w powiatowym mieście w Generalnej Guberni Scena z jednego odcinka komediowego serialu telewizyjnego z 2007 roku pt. "Halo Hans! (czyli nie ze mną te numery!)" funkcjonariuszka czyta list od swojego brata, żołnierza biorącego udział w bitwie pod Stalingradem, który pisze:
- Nie jadłem nic od tygodnia.
Po przeczytaniu tych słów pisze w liście do brata:
- Drogi bracie musisz zmusić się do jedzenia.

Na przyjęciu hrabia spoliczkował lokaja. Ten przybrał groźną minę i pyta:
- Panie hrabio, czy to było na serio, czy na żarty?
- Oczywiście, że na serio, gamoniu!
- To bardzo dobrze, bo ja nie lubię takich żartów.

Przez hall szpitala biegnie człowiek, który miał mieć właśnie operację.
- Co się stało? - pytają go inni pacjenci.
- Słyszałem, jak pielęgniarka mówi: to bardzo prosta operacja, niech pan się nie martwi, jestem pewna, że wszystko będzie dobrze!
- Próbowała tylko pana uspokoić, co w tym złego?
- Ono nie mówiła tego do mnie, ale do lekarza.

Do pacjenta leżącego na sali operacyjnej podchodzi anestezjolog.
- Dzień dobry! Mam pana uśpić przed zabiegiem. Czy leczy się pan u nas prywatnie, czy na NFZ?
- Na NFZ - odpowiada pacjent.
- No to aaa... kotki dwa...

Na sali operacyjnej leży pacjent, który ma mieć zabieg w ramach ubezpieczenia NFZ. Zjawia się chirurg i mówi.
- No to zaczynamy!
- A narkoza? - pyta pacjent.
Na to lekarz:
- A kto mi będzie podawał instrumenty?

Pacjent, który czeka na operację pyta ordynatora:
- Panie doktorze, słyszałem jak pielęgniarki rozmawiały, że ma mnie operować praktykant. Czy to prawda?
- Tak, to prawda.
- A co będzie jak mu się operacja nie uda?
- Nie zaliczymy mu tej praktyki.

Na sali szpitalnej rozmawia dwóch pacjentów.
- Jest pan żonaty!
- Tak.
- Żona nie odwiedzi pana?
- Nie, bo ona też leży w szpitalu.
- Tragedia rodzinna?
- Tak, ale to ona pierwsza zaczęła!

Do chirurga, który operował jej męża przyszła zatroskana żona.
- Już po operacji. - zwraca się do niej lekarz.
- Muszę jednak poinformować panią, że NFZ nie pokrywa wszystkich kosztów zabiegu. Musi pani zapłacić szpitalowi 60.000 zł.
- To ogromna kwota, ale dla męża znajdę te pieniądze.
- Niestety NFZ nie pokrywa również kosztów leków, które mąż już brał i nadal musi dostawać. Ich koszt to 20.000 zł.
- Jeżeli leki są niezbędne, to pożyczę te pieniądze od krewnych.
- Jest jeszcze sprawa kosztów długiej rehabilitacji, za którą nie płaci NFZ. To 40.000 zł.
- Pozostaje mi tylko chyba wziąć pożyczkę w banku. Jestem przerażona. Nie wiem jak spłacę te moje długi.
- Niech się pani nie martwi. Ja tylko tak żartowałem -  pani mąż nie żyje!

W szpitalu psychiatrycznym pacjenci zdenerwowali się i pobili lekarza. Ten skarży się ordynatorowi:
- Nic nie rozumiem. Gdy któryś mówił "63", albo "55", wszyscy się śmiali...
- To proste - wyjaśnia ordynator. - Ponumerowali dowcipy, które znają i wystarczy, że któryś z nich powie liczbę, oni przypominają sobie ten dowcip i śmieją się z niego.
- To dlaczego pobili mnie, gdy powiedziałem "104"?
- Bo powyżej setki są dowcipy o wariatach!

Wariat do wariata:
- Ja się schowam w szafie, a ty będziesz mnie szukał.
Po godzinie drugi wariat mówi:
- Hej, stary, wyłaź z tej szafy, bo nie mogę cię znaleźć!

Jest rok 2020. Spotykają się trzej koledzy.
- Przeczytałem w sieci, że w czerwcu 2030 roku ma być koniec świata. - mówi jeden.
- Mam nadzieję, że to nie będzie 14 czerwca, bo na ten dzień wyznaczono mi termin zabiegu leczniczego. - komentuje kolega.

Do gabinetu lekarskiego wchodzi mężczyzna, zaczyna ciężko oddychać i mówi do lekarza:
- Jestem pewien, że mam chorą wątrobę.
- To niemożliwe, bo nigdy nie wiemy, że mamy chorą wątrobę - odpowiada lekarz.
- No właśnie! - wykrzykuje pacjent. - A ja mam właśnie takie objawy.

Dialog lekarza z pacjentem:
- Mam dla pana dobrą i złą wiadomość.
- Jaka jest ta dobra?
- Badania wykazały, że została panu cała doba życia.
- To jest ta dobra wiadomość?! Jaka jest zatem ta zła?
- Zapomniałem wczoraj do pana zadzwonić.

Pan Smith przychodzi do doktora Lewisa. Ten po zbadaniu go dokładnie mówi:
- Przykro mi, ale mam dla pana złą wiadomość. Zostało panu tylko pół roku życia.
Ta wiadomość przeraziła pana Smitha, który po chwili, patrząc na doktora Lewisa, mówi:
- Muszę wyznać, że nie zdołam w tym czasie zapłacić wszystkich pana rachunków.
- Dobrze. Daję więc panu cały rok. - odpowiada doktor Lewis.

Do lekarza przychodzi dziewięćdziesięcioletni mężczyzna i mówi lekarzowi:
- Moja dwudziestoletnia żona spodziewa się dziecka.
Na to lekarz:
- Opowiem panu historię: Pewien człowiek wybrał się na polowanie, ale zamiast strzelby wziął omyłkowo parasol. Kiedy nagle zaatakował go niedźwiedź, ten podniósł parasol, strzelił i zabił zwierza.
- To niemożliwe! Musiał go zabić ktoś inny. - rzecze pacjent.
- Właśnie o tym mówię! - odpowiada lekarz.

- Przychodzi baba do lekarza z telefonem w brzuchu, a lekarz:
- Kto pani taki numer wykręcił?

Pacjentka pyta lekarza:
- Czy mamy się spodziewać nowej fali zachorowań na Covid-19?
- Nie wiem, proszę pani. Jestem lekarzem, a nie politykiem - odpowiada lekarz.

- Co należy zrobić, aby skończyła się pandemia koronawirusa?
- Należy wyłączyć telewizor.

Do rabina przychodzi Icek i pyta go:
- Rabbi, kiedy skończy się pandemia koronawirisa?
- Icek, wielu poważnych ludzi zainwestowało w ten geszeft poważne pieniądze. Dlatego skończy się dopiero, kiedy zarobią oni poważny pieniadz.

Lekarz, stojąc w drzwiach swojego gabinetu z listą pacjentów w ręku:
- Szanowni Państwo, w związku z RODO nie mogę wywoływać państwa po nazwisku. Proszę więc teraz pana z syfilisem.

Czy oskarżony był już wcześniej karany?
- Tak, za konkurencję.
- Za konkurencję nikogo się karze. A co oskarzony konkretnie robił?
- Takie same banknoty jak mennica pastwowa.

Rozmowa kawlifikacyjna:
- Proszę opowiedzieć coś więcej o sobie.
- Wolałbym nie, bo naprawdę zależy mi na tej pracy.

Rozmowa kawlifikacyjna:
- Ma pan wyjątkowo duże oczekiwania jak na kogoś, kto nie ma żadnego doświadczenia w naszej branży.
- Tak. Dlatego, że będę musiał włożyć wyjątkowo dużo pracy i wysiłku, żeby zrozumieć czym miałbym się zajmować.

Pewna kobieta podała mężczyznę do sądu o zniesławienie za to, że nazwał ją świnią. Sąd uznał jego winę i kazał mu zapłacić odszkodowanie. Po wysłuchaniu wyroku mężczyzna pyta sędziego:
- Czy to znaczy, że nie mogę już nazywać pani Harding świnią?
- Tak, oczywiście - odpowiada sądzia.
- A czy to znaczy, że nie mogę nazywać świni panią Harding? - pyta dalej mężczyzna.
- Nie, może pan - odpowiada sędzia. - To nie jest przestępstwo.
Mężczyzna patrzy pani Harding prosto w oczy i mówi:
- Do widzenia pani Harding.

Pani Parker dostaje wezwanie na członka ławy przysięgłych, ale prosi, by jej nie powoływano, bo jest przeciwna karze śmierci. Obrońca z urzędu tłumaczy jej:
- Ależ, proszę pani, to nie jest proces mordercy, tylko z powództwa cywilnego. Pewna kobieta zaskarżyła swego męża, który przegrał w karty dwadzieścia pięć tysięcy, przeznaczone na remont łazienki na jej urodziny.
- Dobrze, zgadzam się zostać ławniczką oświadcza pani Parker. - Być może myliłam się co do kary śmierci.

Na posterunku policji kobieta zgłasza zaginięcie męża. Dyżurny prosi o podanie jego rysopisu. Kobieta mówi:
- Ma metr dziewięćdziesiąt, bujne kręcone włosy i jest dobrze zbudowany.
Towarzysząca jej przyjaciółka pyta ją:
- Co ty mówisz? Czyż twój mąż nie ma najwyżej metr sześćdziesiąt, dużego brzucha i nie jest łysy?
- A po co mają mi szukać takiego męża? - odpowiada kobieta.

Małżeństwo spędza wakacje w znanej miejscowości wędkarskiej. Mężczyzna się zdrzemnął na brzegu, a jego żona postanowiła wziąć łódkę i poczytać. Kiedy tak sobie odpoczywała, podpływanął do niej motorówką szeryf.
- Tutaj nie wolno łowić. Muszę panią aresztować.
- Ależ ja nie łowię ryb.
- Ale ma pani niezbędny sprzęt. Proszę za mną.
- Jeśli tak, to oskarżę pana o gwałt.
- Ależ przecież nawet pani nie dotknąłem.
- Wiem. Ale ma pan niezbędny sprzęt.

Sędzia wzywa obrońcę i oskarżyciela do swego gabinetu i mówi:
- Poprosiłem was tutaj, ponieważ obaj daliście mi łapówkę.
Prawnicy wiercą się niespokojnie na swoich miejscach.
- Ty, Alan, dałeś mi piętnaście tysięcy, a ty, Phil, dziesięć.
Sędzia wręcza Alanowi czek na pięć tysięcy i dodaje:
- Teraz jesteście kwita, a ja mogę oprzeć się wyłącznie na dowodach.

Sprawa o alimenty. Sędzia zwraca się do Nowaka:
- Postanowiłem, że pana była żona będzie dostawać 2000 złotych miesięcznie.
Na to Nowak:
- Świetnie, Wysoki Sądzie. Ja też od czasu do czasu dorzucę jej parę złotych od siebie.

Do lekarki przychodzi kobieta i mówi:
- Pani doktor, mam problem z seksem. Mój mąż mnie nie podnieca.
- Dobrze, zbadam dokładnie ten problem. Proszę jutro przyjść do mnie z mężęm.
Następnego dnia małżonkowie przychodzą razem do lekarki. Ta mówi do mężczyzny:
- Proszę się rozebrać. Teraz proszę się obrócić. Hm, proszę się jeszcze położyć. No tak... może się pan ubrać.
Lekarka bierze kobietę na stronę i mówi jej:
- Nic pani nie jest. On mnie też nie podnieca.

Pewna dama poleca artyście, który maluje jej portret, aby umieścił na nim dwie złote bransoletki, naszyjnik z pereł, kolczyki z rubinami oraz brylantowy diadem. Gdy malarz zauważa, że byłaby to nieprawda, ta wyjaśnia:
- Wie pan, mój mąż kręci z pewną młodą blondynką. Chcę, żeby po mojej śmierci zwariowała, szukając tej biżuterii.

Pewna wdowa kręciła się koło basenu w swoim klubie, aż w końcu zauważyła opalającego się przystojnego, młodego mężczyznę. Siadła na leżaku koło niego i nawiązała rozmowę z nim:
- Chyba nigdy wcześniej nie widziałam tu pana, prawda?
- To bardzo możliwe, bo niedawno wyszedłem z więzienia.
- Naprawdę? Za co pana wsadzili?
- Zamordowałem swoją żonę.
- A więc jest pan wolny!

Na basenie ratownik mówi przez megafon:
- Pan w niebieskich majteczkach, proszę nie sikać do basenu.
- Wszyscy sikają do basenu.
- To prawda, ale tylko pan sika z trampoliny.

W barze siedzi przy stoliku stary kowboj przy szklanecze whisky. Przysiada się do niego młoda kobieta i pyta go:
- Czy jest pan prawdziwym kowbojem?
Na to kowboj:
- Całe życie mieszkałem na ranczo, jeździłem na koniu, pędziłem bydło, budowałem i naprawiałem ogrodzenia, więc chyba jestem.
- A ja jestem lesbijką - powiada kobieta. - Ciągle myślę o kobietach. Cokolwiek robię, wszystko przypomina mi o kobietach.
Chwilę później, po odejściu kobiety, do kowboja przysiada się jakieś małżeństwo i zadaje mu to samo pytanie:
- Czy jest pan prawdziwym kowbojem?
- Do niedawna wydawało mi się, że tak - odpowiada kowboj. - Ale teraz wychodzi na to, że jestem lesbijką.

Na początku jesieni Indianie w rezerwacie pytają swojego nowego wodza, czy czeka ich mroźna zima. Wódz, który wychował się poza rezerwatem, nie potrafi przepowiedzieć pogody. Na wszelki wypadek doradza więc współplemieńcom, aby zbierali drewno i spodziewali się mroźnej zimy. Parę dni później, dla pewności, dzwoni do instytutu meteorologii i pyta o prognozę na zimę. Otrzymuje informację, że zima rzeczywiście ma być mroźna. Poleca więc swoim ludziom, aby zebrali jeszcze więcej drewna. Za jakiś czas ponownie dzwoni do instytutu meteorologii i pyta:
- Czy nadal wygląda na to, że zima będzie mroźna.
Otrzymuje odpowiedź:
- Tak, i to bardzo.
Wódz każe więc plemieniu zebrać jeszcze więcej drewna a parę tygodni później znowu dzwoni do instytutu meteorologii z pytaniem o prognozę na zimę. Meteorolog mówi mu:
- Przewidujemy, że czeka nas zima stulecia!
- Naprawdę? Skąd to wiadomo?
- Od dłuższego czasu indianie w rezerwacie zbierają bez przerwy drewno na opał.

Jasnowidz do jasnowidza:
– Wiesz co?
– Wiem.

Jasnowidz mówi do mężczyzny:
– Jest pan ojcem dwójki dzieci.
– He, he. Naprawdę pan tak myśli? Jestem ojcem trójki dzieci.
Jasnowidz:
– Naprawdę pan tak myśli?

Na międzynarodowym kongresie jasnowidzów dziennikarz pyta przewodniczącego kongresu:
– Czy w przyszłym roku znów spotkacie się w naszym mieście?
– Niestety, tego jeszcze nie wiemy.

Jedna kobieta chwali się znajomej, że była u bardzo znanego jasnowidza, który ogłaszał się w gazecie.
– A ja straciłam do niego zaufanie. Też chciałam zamówić u niego wizytę. Zatelefonowałam, ale zrezygnowałam w momencie gdy spytał: „Kto mówi?”

Przy stole siedzi zajączek, wilk i żółw. Na stole stoi jedna butelka wódki. Zwierzęta stwierdzają, że to mało i trzeba skoczyć po jeszcze jedną. Wilk z zajączkiem powierzają to zadanie żółwiowi. Ten mówi:
- Dobrze, idę, ale nie możecie wypić ani kropelki.
Mija tydzień, żółwia nie ma, wilk mówi:
- Pijemy.
- Ale obiecaliśmy żółwiowi, że nie będziemy pić bez niego - przypomina zajączek.
Minął drugi i trzeci tydzień. W końcu zajączek bierze butelkę do ręki z zamiarem otwarcia jej, a zza krzaków wygląda żółw i odzywa się:
- Ej, bo nie pójdę.

Siedzi zajączek i coś pisze.
Podchodzi do niego wilk:
- Zajączku, co piszesz?
- Doktorat o wyższości zajączków nad wilkami.
- Ja ci zaraz dam!
Zając w krzaki a wilk za nim. Zakotłowało się i z krzaków wychodzi lekko sfatygowany wilk. Za nim niedźwiedź:
- Trzeba się było zapytać, kto jest promotorem pracy.

Trzej żonaci mężczyźni siedzą w barze. Jeden mówi:
- Wiecie co? Gdy moja żona była brzemienna czytała książkę "Jaś i Małgosia" i mamy dwoje dzieci.
Drugi mówi:
- A moja żona w ciąży czytała "Trzech muszkieterów" i mamy troje dzieci.
A trzeci zerwał się z miejsca i biegnie do drzwi, mówiąc:
- Pędzę do domu, bo moja żona jest w ciąży i czyta "101 dalmatyńczyków".

W mieszkaniu dzwoni telefon. Mężczyzna podnosi słuchawkę i słyszy:
- Porwaliśmy pana żonę, jak pan nie zapłaci 20 tys. zł, to ją zamordujemy.
- Moja żona siedzi obok mnie. Ale oferta panów jest interesująca. Chętnie porozmawiam z panami na ten temat.

W mieszkaniu dzwoni telefon. Mężczyzna podnosi słuchawkę i słyszy:
- Porwaliśmy pana teściową, jak pan nie zapłaci do jutra 25 tys. zł, to ją sklonujemy.

W czasie pandemii koronawirusa Pan Bóg objawił się przywódcom trzech państw: Trumpowi, Putinowi oraz Kaczyńskiemu i powiedział.
- Mam dla was wiadomość, którą musicie przekazać swoim narodom: za dwa tygodnie będzie koniec świata.
Trump wygłosił orędzie do narodu, w którym powiedział Amerykanom:
- Mam dla was dwie wiadomości, jedną dobrą i drugą złą. Dobra: Bóg istnieje, a zła: za dwa tygodnie będzie koniec świata.
Putin wystąpił w telewizji i powiedział Rosjanom:
- Mam dla was dwie złe wiadomości. Pierwsza: Bóg istnieje, druga: za dwa tygodnie będzie koniec świata.
Kaczyński zwołał konferencję prasową, na której oświadczył:
- Mam dwie dobre wiadomości dla Polaków. Jedna: Bóg istnieje, a druga: PiS będzie rządził do końca świata.

Spotykają się trzej 20-letni koledzy i postanawiają oblać urodziny:
- No, to gdzie idziemy?
- Może do baru "Pod Czerwonym Smokiem"?
- Dlaczego tam?
- Bo tam są ładne kelnerki.
W wieku 40 lat koledzy znów się spotykają:
- To gdzie idziemy?
- Może do baru "Pod Czerwonym Smokiem"? - Dlaczego tam?
- Bo tam jest dość tanie piwo.
Spotykają się znów w wieku 70 lat:
- To gdzie idziemy?
- Może do baru "Pod Czerwonym Smokiem"?
- Dlaczego akurat tam?
- Bo jest tam nie ma schodów.
W wieku 90 lat znów się potykają:
- No, to gdzie idziemy?
- Może do baru "Pod Czerwonym Smokiem"?
- A dlaczego tam?
- Bo tam jeszcze nigdy nie byliśmy.

- Czym mogę panu pomóc?
- Szukam jakiegoś prezentu na Dzień Kobiet.
- Ale to pewnie z tych droższych?
- A dlaczego pani tak sądzi?
- Bo Dzień Kobiet był wczoraj.

Na pomoście na jeziorze wędkuje pułkownik. W pewnej odległości od niego siedzi sierżant. Pułkownik nie złowił jeszcze ani jednej ryby, a sierżant wyciąga z wody rybę za rybą. Pułkownik podchodzi i mówi:
- Sierżancie, przesiądźcie się na moje miejsce. Sierżant posłusznie przenosi się na miejsce przełożonego. Po zmianie stanowisk sytuacja nie zmieniła się, więc pułkownik pyta podwładnego:
- Sierżancie, powiedzcie w czym tkwi tajemnica, że wy macie już pełne wiaderko ryb, a ja ani jednej sztuki!
- To taki nasz stary rodzinny sekret - mówi sierżant - zawsze na haczyk obok robaka zakładam włos z damskiego sromu.
Następnej nocy, pułkownik, leżąc w łóżku ze swoją żoną, przypomniał sobie o sposobie sierżanta na sukces wędkarski. Ostrożnie odkrył łono żony i wyrwał z niego jeden włos!
Na to zaspana żona:
- Co, sierżancie, znowu na ryby?

Do miejscowego supermarketu przyszedł mężczyzna i poprosił o żałobną opaskę. Sprzedawca zapytał:
- Czy umarł ktoś bliski?
- Moja żona. Jutro jej pogrzeb.
- Współczuję panu. Zapewne po jej śmierci dom będzie wydawał się pusty i będzie pan się czuł osamotniony. Ale nie wolno się poddawać takiemu nastrojowi. W tej sytuacji najlepszą pomocą byłoby wędkowanie.
- Tak pan myśli?
- Jestem tego pewien.
- Ale nie mam sprzętu wędkarskiego.
- To żaden problem. Znajdziemy coś odpowiedniego.
Po chwili sprzedawca zjawił się z kompletną wędką i zwrócił się do klienta:
- Najlepiej łowić ryby jeziorne. Ale na brzegu jest zazwyczaj dużo wędkarzy, a pan potrzebuje spokoju. Proponuję łowienie na jeziorze, z łodzi.
- Nie mam łódki.
- Mamy duży wybór łódek, znajdziemy odpowiednią. Proszę popatrzeć na tę.
- Wygląda dobrze.
- To dobra łódka wiosłowa, ale wygodniej dla pana będzie wyposażyć ją w niewielki i cichy silnik doczepny. Łódkę możemy dostarczyć na wskazany przez pan akwen, ale zapewne będzie pan chciał wędkować na różnych jeziorach. Czy ma pan samochód do ciągnienia przyczep?
- Nie mam.
- Nie szkodzi, mamy również przyczepy do przewozu łodzi oraz wytrzymały samochód terenowy, przystosowany do ich ciągnienia.
- Czy to już wszystko, co potrzeba do wędkowania?
- Dołożymy do tego jeszcze zestaw przynęt i wtedy będzie pan gotowy do wędkowania. Co do opaski żałobnej, to jest nasz prezent firmowy dla pana.

Pewien 60-latek przychodzi do do pubu z uwieszona na jego ramieniu prześliczną 25-letnią, biuściastą blondyneczkq.
- Gdzie ustrzeliłeś taką kochaneczkę, stary? - pytają na boku znajomi.
- To nie kochanka, lecz moja ślubna żona.
- Hej, jak ją przekonałeś, żeby wyszła za takiego starego capa?
- Skłamałem co do mojego wieku.
- Hm, powiedziałeś, że masz tylko 50 lat?
- Nie, powiedziałem, że mam 90.

Późno w nocy wraca do domu mąż pod dobrą datą. Na progu wita go żona słowami:
- Jak ty wyglądasz? Brakuje mi słów.
Na to mąż:
- Ubogie słownictwo. Nie czyta się książek.

Śmiech to zdrowie!

  1. (łac. facetia – żart, dowcip) – krótkie opowiadanie, w formie pisanej lub ustnej, o żartobliwej treści, zakończone dowcipną pointą, pozbawione składników umoralniających czy satyrycznych. Facecje wywodzą się z przekazywanych ustnie anegdot, które funkcjonowały już w starożytności i przenikały do dzieł pisanych.
  1. (gr. τὸ ἀνέκδοτоν, to anekdoton, "nieopublikowane" od ἀν-, an-, "nie-" i ἔκδοτος, ékdotos, "opublikowane", z ἐκ-, ek-, "na zewnątrz" i δίδωμι, dídōmi, "daję") – krótka forma literacka, zawierająca prawdziwe lub zmyślone opowiadanie o zdarzeniu z życia znanej postaci, żyjącej lub historycznej, lub z życia określonego środowiska czy grupy społecznej. Anegdota ma wydźwięk humorystyczny, może jednak zawierać również pierwiastki dydaktyczne. Charakterystyczną cechą gatunku jest wyraziste zakończenie i obecność niespodziewanej puenty. Anegdoty mogą być fragmentami większych utworów literackich, np. wspomnień, listów i biografii. W średniowieczu często stanowiły część kazań.
  1. forma sztuki widowiskowej, mająca charakter zazwyczaj satyryczny. Widowiska kabaretowe tworzone są przez kilkuosobowe grupy artystów. Zazwyczaj są to grupy stałe. Ekspresja sztuki w przypadku kabaretu polega na prezentowaniu krótkich form, skeczy.
kabaret 1. spektakl satyryczno-rozrywkowy; też: lokal, w którym odbywają się takie spektakle; 2. absurdalna lub surrealna sytuacja
kabaret (fr. cabaret) 1. rodzaj teatrzyku z lekkim repertuarem skeczów literackich, piosenek i tańców; kawiarnia lub restauracja, w której odbywaja się występy tancerzy i aktorów
skecz scenka o żartobliwej treści i żywym, dowcipnym dialogu, grywana w kabaretach i teatrach estradowych
skecz (ang. sketch) krótki utwór sceniczny o lekkiej, żartobliwej treści i żywym dialogu
  1. kategoria ideowo-artystyczna określająca krytyczny, ośmieszający sposób przedstawienia rzeczywistości w utworze, polegający na celowej deformacji jej obrazu (karykatura, groteska); przejawia się w utworach o różnej przynależności gatunkowej;
  2. gatunek poetycki obejmujący utwory ośmieszające, piętnujące negatywne przejawy życia społecznego, obyczajowego, politycznego; w formie zbliżona do gawędy lub rozprawy moralizatorskiej, o określonych rygorach kompozycyjnych, stylistycznych i wersyfikacyjnych; przedstawia zjawiska ogólnoludzkie lub konkretne, niekiedy służy celom ideowym, polemicznym, dydaktycznym; ukształtowana w literaturze rzymskiej (Lucyliusz, Horacy, Persjusz, Juwenalis), w czasach nowożytnych uprawiana do XVIII w., rozkwit przeżywała w epoce klasycyzmu: N. Boileau, A. Pope, J. Dryden; w poezji polskiej rozwinięta przez K. Opalińskiego, A. Naruszewicza, I. Krasickiego.

Anegdoty &...

Powód do serdecznego śmiechu - a przynajmniej uśmiechu - dają anegdoty i facecje. Anegdoty o ludziach sławnych, zwłaszcza tych wyglądających na portretach bardzo nobliwie, postaciach historycznych oraz ludziach z dawnych czasów są też okazją do refleksji nad człowiekiem na przestrzeni czasu. Zdają się świadczyć o tym, że ludzka natura nie jest taka zmienna, jak się komuś może wydawać.

Anegdoty dopełniają zabawne powiedzenia mniej lub bardziej słynnych ludzi na temat mniej poważnych spraw ludzkich. Stanowią one uzupełnienie innego zbioru sentencji.

Wprawdzie kabaret ma francuskie korzenie, ale pierwsze polskie kabarety powstały już na początku XX wieku i stanowiły istotny element życia kulturalnego wolnej przedwojennej Polski. Funkcjonowały one też w PRLu - z powodu cenzury - w ograniczonym zakresie tematycznym. Niektóre ze skeczy i dialogów kabaretowych przeszły do historii polskiej rozrywki. Do nich można zaliczyć dialogi Szczepcia (Kazimierza Wajdy) i Tońcia (Henryka Vogelfängera), najpopularniejszych radiowych głosów międzywojennej Polski, występujących od 1933 roku w słuchowisku radiowym Wesoła Lwowska Fala w skeczach Wiktora Budzyńskiego.

Szczepcio i Tońcio, czyli najpopularniejsze radiowe głosy międzywojennej Polski.Szczepcio i Tońcio, "Wesoła Lwowska Fala"Szczepcio i Tońcio w filmie 
  "Włóczęgi" (1939)

Oto wybrane dialogi Szczepcia i Tońcia:

W przedwojennej Warszawie rozrywki dostarczały teatrzyki i teatry, takie jak słynny kabaret literacki "Qui Pro Quo", w którym występowali Eugeniusz Bodo, Hanka Ordonówna, Mieczysław Fogg, Mira Zimińska, Zula Pogorzelska, Adolf Dymsza, Tadeusz Olsza, Gustaw Cybulski, a do którego teksty pisał Julian TuwimMarian Hemar, kabaret "Małe Qui Pro Quo" - pisali i śpiewali tam m.in. Jerzy Jurandot, Jerzy Boczkowski, Mieczysław Fogg, Julian Krzewiński, Andrzej Bogucki oraz Tola Korian oraz teatr rewiowy "Morskie Oko.

Z twórczością Jerzego Jurandota z tamtego okresu można zapoznać się m.in. w witrynie "Stare Melodie oraz wysłuchać jego wiersza "Z czego ludzie dziś żyją" w interpretacji Szymona Kusarka.

W powojennej Polsce wysoki poziom artystyczny reprezentowały kabarety: "Kabaret Starszych Panów" Jeremiego PrzyboryJerzego Wasowskiego oraz " Kabaret Dudek" Edwarda Dziewońskiego.

Słynne są ponadczasowe dialogi:

Realia PRL-u były tematem m.in. występów kabaretowych Jerzego Dobrowolskiego. Są one inteligentnym opisem "osiągnięć" sowieckiego socjalizmu w Polsce. Talent satyryczny Dobrowolskiego pokazują oraz w klimat tamtych czasów wprowadzają m.in. poniższe nagrania:

Do tradycji dobrego polskiego kabaretu nawiązuje też Zenon Laskowik. Do jego lepszych skeczy należy ten pt. "Zakład Pogrzebowy" [9:57'].

Filip II Macedoński napisał do przywódców Sparty: Jeśli wkroczę do Lakonii, zrównam Lacedemon z ziemią.
Odpowiedź eforów spartańskich była lakoniczna - zawierała tylko jedno słowo: Jeśli.
Od tamtej pory Filip II Macedoński unikał walki ze Spartanami.

Rej, przejeżdżając przez nieznaną sobie wieś pod Krosnem wdał się w dyskurs ze spotkanym chłopem.
Rej: A kto tę wieś trzyma?
Chłop: Ziemia a płoty.
Rej: A któż tu panem?
Chłop: Ten co ma więcej pieniędzy.
Rej: A któż tu starszym?
Chłop: Jest tu baba, co już jej przeszło sto i dziesięć lat, to ta najstarsza.
Rej: Któż wyższym?
Chłop: Lipa najwyższa, bo ją nad kościołem widać.
Rej: Dalekoż południe?
Chłop: Nie szło tędy, panie, nie wiem jak daleko jest.
Rej rozgniewany rzecze: Chłopie, alboć to z swoim równym błaznować?
Chłop: Zsiądźcie jeno, panie, z wozu, zmierzywa się, co wiedzieć, jeśliwa równi.
Rej: Widzi mi się, chłopie, weźmiesz w gębę.
Chłop: Nie wezmę, panie, ja nie pies, wolę w rękę jako człowiek.
Obaczywszy pan Rej, iż na swego trafił, powiedział:
- Jakom żyw, tak sztuczny tu: sprytny, chytry chłop na mię nie przychodził.

Sołtys jeden nakładał na syna w Krakowie nie małym dostatkiem; ale on nakład próżno wiódł, bo pan student więcej, gdzie szklankami dzwonią, przeleżał, aniżeli w kolegium. Gdy mu pieniążków nie stało, powędrował do ojca, aby zaś dał pieniędzy. Nieprawie nie bardzo się ojcu chciało, że już był nań niemało nałożył.
Prędko jakoś potem kładł ociec gnój na wóz, a synaczek dziwował się we drzwiach stojąc. Zawoła go ociec:
- Synu, ba chodź jedno.
Przyszedł. Pyta go, jako po łacinie widły?
- Syn rzecze: widłatus.
- A gnój jako?
- Odpowie: gnojatus.
- A wóz?
- Wozatus - syn powiedział.
Rozgniewał się ociec, dał mu widłami po łbu, mówiąc:
- Trafięć ja, łotrze, taką łacinę; znać, żeś się przed szkołą uczył. Nu, łotrze, weźmiesz widłatus w rękatus, nakładajże gnojatus na wozatus, niechajże już widłatus będzie twój piórkatus, a darmo mojego nakładu nie traw.

Pewien szlachcic wyprawił syna na studia do Włoch. Nizmiernie się zdziwił, kiedy już po kilku miesiącach syn znalazł się z powroten w kraju. Indagowany przez ojca o tak rychły powrót, wyjaśnił jego przyczynę:
- Że mię tam przez wszystko lato trawą karmiono, tak żem się bał, żeby mi w zimie siana nie dawano.

Pewien magnat, chcąć zostać kanclerzem, rzekł do króla Zygmunta Starego, pragnąc go wybadać:
- Ludzie plotą, że mam zostać kanclerzem.
A król na to:
- Nie turbuj się waszmość, czego to ludzie nie plotą.

Pewien majster krakowski ciężko się rozchorował. Gdy nadeszła agonia, bolejąca żona pożyczyła u sąsiadów gromnicę i zapaliła ją u łoża konającego. Aliści śmierć jakoś wstrzymała się w pół drogi. Zgniewało to oszczędną panią majstrową, fuknęła więc na męża:
- Rychło konaj, by świeca darmo nie gorzała; nie moja, pożyczana, kłopot będę miała.

Kupcy gdańscy wyruszyli do Szwecji statkiem naładowanym po burty towarami. W drodze zerwała się wielka burza, grożąc okrętowi zatonięciem. Kupcy rzucili się na pokład i poczęli spychać do morza co najcięższe towary, by nie dopuścić do katastrofy. Tylko jeden z nich zamiast tobołu porwał żonę w ramiona i rzucił ją w odmęty morskie.
Widząc zdumienie towarzyszy, oświadczył, że pozbył się największego ciężaru swego życia.

Pewnego razu książę Karol Radziwiłł "Panie Kochanku", wojewoda wileński, opowiadał swoim gościom następującą historię:
- Albo czyż nie było to cudowne zdarzenie, panie kochanku, kiedy prowadząc szwadron huzarów do ataku, zostałem ugodzony kulą armatnią tak nieszczęśliwie, że na dwie połowy mnie rozdarła?
Widząc jednak powątpiewanie na twarzach słuchaczy, zwrócił się do swego faworyta Borowskiego:
- Wszak to pamiętasz, Borosiu?
- Nie, nie pamiętam, mości książe - bo właśnie wtedy byłem już zabity.

Gdy jadąca gdzieś hetmanowa Radziwiłłowa śpiewała z dworskimi, pojazd jej otaczającymi, godzinki, i podług słów i reguł tej modlitwy zaśpiewała sama jedna: Jam to sprawiła na niebie, aby wschodziła światłość nigdy nie ustająca — dworscy odpowiedzieli chórem: "Pokornie dziękujemy waszej książęcej mości!"

W letniej rezydencji Tomasza Edisona pełno było urządzeń, które miały na celu ułatwianie pracy lub zaoszczędzenie czasu.
Pewnego razu jeden z jego gości uskarżał się na kołowrót u wejścia do parku:
- Porusza się tak ciężko, że musiałem użyć całej swojej siły, aby go obrócić.
- Ale za to obracając go, napompował mi pan do zbiornika na dachu aż 30 litrów wody  - roześmiał się Edison.

Herman Auerbach, docent matematyki Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, kupił sobie nowy kapelusz, ale wkrótce ktoś mu go zabrał w kawiarni, zostawiając na wieszaku znacznie lichszy. Auerbach nosił ten podrzucony kapelusz, nigdy go nie czyszcząc. Gdy go zapytano o powód takiego postępowania, odrzekł:
- Nie będę czyścił kapelusza złodziejowi.

Albert Einstein był akurat z wizytą, kiedy zaczął padać deszcz. Na odchodnym zaproponowano mu pożyczenie kapelusza, ale Einstein odmówił.
- Po co? - powiedział. - Wiedziałem, że będzie deszcz i naumyślnie nie wziąłem kapelusza. Schnie o wiele wolniej od moich włosów. To chyba oczywiste.

Albert Einstein lubił grać na skrzypcach źródło: Przemysław Słowiński, "Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach". Pewnego wieczoru, gdy popisywał się przed znajomymi swą grą, zauważył, iż jeden z nich, świetny komik – Olson, śmieje się na cały głos. Einstein przestał grać i zwrócił się do Olsona:
– Dlaczego pan się śmieje z mojej gry?! Czy widział pan kiedyś, żebym ja się śmiał, gdy pan gra?!

Wielki grecki uczony Arystoteles zapytany pewnego razu czym tak naprawdę różni się człowiek wykształcony od niewykształconego, odpowiedział bez wahania:
- Tym, czym różni się człowiek żywy od umarłego.

Hans Christian Andersen ubierał się niedbale. Pewnego razu jakiś złośliwiec zapytał go:
- Ten żałosny przedmiot na pańskiej głowie nazywa pan kapeluszem?
Wielki baśniopisarz nie dał się wyprowadzić z równowagi i spokojnie odpowiedział:
- A ten żałosny przedmiot pod pańskim kapeluszem nazywa pan głową?

Jascha Heifetz, sławny amerykański skrzypek pochodzenia żydowskiego, idąc ulicą w Los Angeles, zobaczył żebraka, który grał na skrzypcach i straszliwie fałszował. Podszedł do niego i wziąwszy do ręki jego skrzypce zagrał poprawnie tę samą melodię, a oddając instrument powiedział ulicznemu grajkowi, że jak będzie grał dobrze, to uzbiera więcej pieniędzy. Za jakiś czas Heifetz idzie tą samą ulicą i z oddali słyszy fałszującego grajka. Podchodzi bliżej i widzi przed leżącym na ziemi przed kapeluszem żebraka karteczkę z napisem: "Uczeń Jaschy Heifetza".

Ludziom znanym i zasłużonym dla wysokiej kultury anegdoty dodają uroku i nie pomniejszają ich sławy, nawet, gdy czasem odsłaniają jakieś ich słabostki. Odmiennie jest w przypadku twórców z epoki PRLu, namaszczonym przez władze komunistyczne. Z tych oficjalnych kręgów rekrutowali się państwowi działacze, którzy "robili w kulturze", np. na stanowisku ministra kultury i sztuki, w cenzurze, jako prezesi Związku Literatów Polskich (ZLP), w redakcjach gazet i czasopism, w muzeach, galeriach sztuki i wystaw oraz innych państwowych instytucjach kultury, jako reżyserzy teatralni i filmowi. Ci "wybrańcy losu" decydowali o poziomie kultury oraz losach jej twórców. Niezależni twórcy byli sekowani, zmuszani do emigracji twórczej lub fizycznej, a spolegliwi i wierne miernoty i ich ideologicznie poprawne utwory nagradzane.

Poniżej kilka anegdot wybranyh z publikacji Tadeusza Kwiatkowskiego pt. "od kuchni. anegdoty literackie", wydanej przez KAW w roku 1987, która — nie wiem czy w sposób do końca zamierzony — dobrze ilustruje atmosferę w czasach Polski Ludowej. Przypisy pochodzą z tej książeczki.

Podczas jednego z pierwszych po wojnie pochodów pierwszomajowych Pochód pierwszomajowy - kilkugodzinny marsz z postojami na ulicach miasta, aby na ulicy Basztowej (w Krakowie) pomachać rękami znajomym, zaproszonym na trybunę honorową. w pierwszym szeregu kolumny członków Związku Literatów Polskich szli: Władysław Machejek Władysław Machejek - prozaik, który w sposób niewyrażalny wyraża różne treści, zależnie od okoliczności., Stefan Otwinowski, Kazimierz Wyka, Kazimierz Brandys, Henryk Vogler Henryk Vogler - prozaik, krytyk literacki i teatralny, napisał 3-tomową autobiografię pt. "Portret z pamięci", bo widocznie nie miał lustra, aby się przyjrzeć sobie dokładnie.Adam Polewka Adam Polewka - publicysta, tłumacz, działacz społeczny. Jego przyjaciel, śpiewak Piotr Kraszewski powiedział mu kiedyś: - Adam, ty się nie martw. Jak na garbatego to i tak jesteś prosty., który kilka dni wcześniej zwichnął sobie nogę i utykał, z ledwością dotrzymując kroku idącym obok kolegom.

W pewnym momencie Machejek patrząc na Polewkę pokiwał z politowaniem głową i powiedział do Otwinowskiego: - U nas w partyzantce takich to się dostrzeliwało!

Na zjeździe pisarzy dramatycznych w Oborach w 1949 r. Zjazd pisarzy dramatycznych w 1949 r. odbywał się w okresie kiedy polska sztuka w rodzaju "Brygada szlifierza Karhana" była marzeniem kierowników kultury. minister Włodzimierz Sokorski wymienił kilkakrotnie Artura Marię Swinarskiego jako przykład autora, który pisze złe i nikomu niepotrzebne sztuki. Nazwisko jego przy tym wymawiał stale: Świniarski. Jarosław Iwaszkiewicz, siedzący w pierwszym rzędzie foteli, zwrócił głośno uwagę ministrowi, że Artur nazywa się Swinarski, a nie Świniarski. Sokorski z właściwą sobie dezynwolturą machnął lekceważąco ręką i rzekł: - To taka freudowska pomyłka.

Dowiedziawszy się o tym Artur Maria zakupił w antykwariacie jakiś podręcznik savoir vivre'u, kazał go pięknie oprawić i wysłał Sokorskiemu z następującą dedykacją: "Wyższemu urzędnikowi Ministerstwa Kultury i Sztuki, żeby sobie przeczytał i dowiedział się, że dobre maniery obowiązują nawet w Oborach."

Xawery Dunikowski Xawery Dunikowski - rzeźbiarz, senior polskich artystów rzeźbiarzy, który kiedyś westchnął melancholijnie: - Dawniej, gdy zobacyłem ładną dziewcynę na ulicy, byłem zaraz podniecony, a dzisiaj patsę i patsę i nic. Cyzby mi się tak bardzo wzrok popsuł? [który seplenił] podczas jakiejś ostrej dyskusji z ministrem Włodzimierzem Sokorskim, nie mogąc dojść z nim do porozumienia, zagadnął go znienacka:
- A cy pan wie, kto był ministrem kultury za casów Balzaka?
Sokorski rozłożył bezradnie ręce, a na to Dunikowski rzekł ze złośliwym uśmieszkiem:
- Widzi pan, a Balzaka wsyscy znają.

Jerzy Ronard Bujański Jerzy Ronard Bujański - aktor, reżyser. Kiedy był dyrektorem krakowskiej rozgłośni radia mówiono, że tylko w dwóch audycjach radiowych nie biorą udziału ani on, ani jego żona, a to: w sygnale czasu i w hejnale z wieży Mariackiej. nie miał nadzwyczajnych warunków aktorskich. Natura poskąpiła mu po prostu wzrostu. Grał jednak wiele ról, między innymi Hamleta w teatrze opolskim, podobno zresztą nieźle. Pewnego dnia poznano go w kawiarni "Warszawianki w Krakowie z Xawerym Dunikowskim. Nie znali się dotąd osobiście, choć na pewno słyszeli o sobie. Ale Dunikowski to kpiarz.

Gdy Bujański wymienił swe nazwisko, znakomity rzeźbiarz poprosił, aby je powtórzył, bo niby nie dosłyszał. Bujański głośniej jeszcze raz się przedstawił. Dunikowski, jak zwykle sepleniąc, zapytał:
- A kto pan jest?
- Ja gram - odpowiedział Bujanski.
- A na cym pan gra? - spytał znowu Dunikowski z naiwną miną.
- Na scenie. Jestem aktorem, mistrzu!
- Aktor? Nie słysałem. A co pan gra?
- Grałem wiele ról. Ostatnio Hamleta.
- Hamleta? A to ciekawe - zachichotał Dunikowski - to jak pan będzie jesce grał kiedyś Hamleta, niech mi pan powie. Kupię sobie bilet w piersym zędzie, bo jestem stary i psyjemnie mi będzie umzeć ze śmiechu.

Po premierach "Dwóch teatrów" Jerzego Szaniawskiego w Krakowie i Katowicach, inne sceny nie kwapiły się jakoś do wystawienia tej sztuki. Jeden z młodych bywalców spotkań autorskich w sali oddziału krakowskiego ZLP zagadnął pisarza:
- Dlaczego tylko dwa teatry grają pańską sztukę?
Szaniawski spojrzał na niego, wyjął z ust fajeczkę i odrzekł z lekkim uśmiechem:
- Bo napisałem tylko "Dwa teatry".

Pewien człowiek przy spotkaniu z Józefem Chełmońskim wykrzyknął:
- Jak cudownie, że od samego rana spotykam takiego wspaniałego człowieka, jak pan!
- Ma pan więcej szczęścia ode mnie - odpowiedział malarz.

Jan Cybis będąc w Paryżu zapytał o cenę noclegu w hotelu, w którym chciał się zatrzymać.
- Na pierwszym piętrze 50 franków, na drugim 35, a na trzecim 20.
- Dziękuję. Ten hotel jest dla mnie za niski.

Pewnego razu źródło: Przemysław Słowiński, "Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach" Paul Cézanne nocował w małym hoteliku. Na drugi dzień właściciel hotelu zapytał go:
– Jak się panu spało? Myślę, że niezbyt dobrze, bo materac na pańskim łóżku jest dosyć twardy.
– Ma pan rację – odpowiedział artysta – ale wstawałem w nocy parę razy z łóżka, żeby trochę odpocząć.

Amerykańskiego malarza źródło: Przemysław Słowiński, "Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach", Jamesa Whistlera, zapytano kiedyś, czy to prawda, że zna osobiście angielskiego króla.
– Skąd wam to przyszło do głowy? – zdziwił się malarz.
– Sam król o tym mówił…
– Król się tylko tak chwali – odpowiedział Whistler.

Pewnego razu źródło: Przemysław Słowiński, "Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach" kiedy Aleksander Dumas wrócił z proszonego obiadu, jego syn zapytał go:
- I jak tam, wesoło było?
- Bardzo – odpowiedział ojciec – ale gdyby mnie tam nie było, to umarłbym z nudów.

Jedna z wielbicielek źródło: Przemysław Słowiński, "Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach", zapytała Marka Twaina:
– Czy w miłości ma pan szczęście, czy pecha?
– Niestety, pecha. Jedyna kobieta na świecie którą kocham, wyszła za mąż.
- Czy będę niedyskretna, jeśli spytam za kogo?
– Za mnie.

Do Honoriusza Balzaka przyszedł rzemieślnik i żądał zapłaty za wykonaną pracę. Balzak oświadczył, że nie ma teraz pieniędzy i poprosił go, żeby przyszedł kiedy indziej. Zdenerwowany rzemieślnik zaczął krzyczeć:
- Kiedy przychodzę po pieniądze, to pana nigdy nie ma w domu, a gdy nareszcie pana zastałem, to pan nie ma pieniędzy!
Na to Balzak:
- To zupełnie zrozumiałe. Gdybym miał pieniądze, to bym nie siedział w domu.

Tristanowi Bernardowi przedstawiono kiedyś drugorzędnego autora, który pisywał biografie sławnych ludzi.
- Już od dawna mam zamiar napisać o panu książkę - powiedział literat - a kiedy pan umrze, napiszę pana biografię.
- Wiem o tym - westchnął sławny humorysta - i dlatego chcę jeszcze długo żyć.

Tristan Bernard jadł kiedyś obiad na Riwierze w jednej z najdroższych restauracji. Kiedy kelner przyniósł mu rachunek, Bernard zapłacił i kazał wezwać właściciela restauracji. Kiedy ten zjawił się, Bernard zapytał go:
- Pan jest właścicielem tej restauracji?
- Tak, ja.
- W takim razie niech pan mnie mocno uściska, bo już nigdy mnie pan tu nie zobaczy.

Nad drzwiami wiejskiego domu Nielsa Bohra wisiała podkowa. Widząc ją, jeden z gości zapytał gospodarza:
- Czyżby pan, taki wielki uczony, wierzył, że podkowa przynosi szczęście?
- Nie - odpowiedział Bohr - ale powiedziano mi, że podkowa przynosi szczęście także tym, którzy w to nie wierzą.

Pewien młody kompozytor poprosił Hansa von Bülow o przejrzenie swojej kompozycji i szczerą ocenę. Na to Bülow:
- A ja bym wolał, żebyśmy pozostali dobrymi przyjaciółmi.

Zapytano pewnego razu Michała Anioła o to, jak powstaje rzeźba, która jest dziełem sztuki.
- Bardzo prosto - odpowiedział rzeźbiarz.
- Trzeba wziąć kawał marmuru i odrąbać wszystko, co w nim niepotrzebne.

Proces zoologiczny źródło: Julian Tuwim, "Cicer cum Caule czyli Groch z Kapustą. Panopticum i archiwum kultury. Seria II", "Czytelnik", Warszawa 1959, str. 264

Tygodnik "Wędrowiec" (1897, nr 26) podaje za prasą galicyjską sprawozdanie z rozprawy sądowej, która podówczas toczyła się przed sądem w jednym z miasteczek małopolskich, zaznaczając, że to nie żadna bajka, lecz prawda najczystsza. Otóż, woźny nazwiskiem Wilk zaskarżył kupca nazwiskiem Kanarek o obrazę honoru za to, że go w sprzeczce nazwał "głupim dudkiem".

Wilk zwrócił się do adwokata dra Kosa, w którego imieniu pomocnik jego dr Kozioł wniósł skargę do sądu. Rozprawa odbyła się przed sędzią nazwiskiem Lis, a jako świadek przesłuchany został policjant Zając. Sędziemu udało się pogodzić zwaśnione strony.

Testament Araba źródło: Julian Tuwim, "Cicer cum Caule czyli Groch z Kapustą. Panopticum i archiwum kultury. Seria II", "Czytelnik", Warszawa 1959, str. 90

Pewien Arab, umierając, pozostawił swym trzem synom 19 wielbłądów i kazał podzielić się w ten sposób, aby najstarszy syn wziął połowę, średni czwartą część, a najmłodszy piątą. Ale 19 nie dzieli się ani przez 2, ani przez 4, ani przez 5. Bracia nie wiedząc, jak podział uskutecznić, udali się do kadiego. Ten znalazł sposób. Jaki?

Dodał im jednego wielbłąda i powiedział: Macie teraz 20 wielbłądów. Najstarszy niech weźmie połowę, tj. 10, średni jedną czwartą, tj. 5, a najmłodszy jedną piątą, tj. 4. Teraz swojego wielbłąda biorę z powrotem i wszyscy jesteśmy zadowoleni.

Ślub w USA w stanie Indiana źródło: Julian Tuwim, "Cicer cum Caule czyli Groch z Kapustą. Panopticum i archiwum kultury. Seria II", "Czytelnik", Warszawa 1959, str. 146 ("Kurier Warszawski" 1879, nr 158)

Mer; Chcesz go?
Ona: Chcę.
Mer: Chcesz ją?
On: Chcę.
Mer: Poślubieni. Dwa dolary.

Leon XIII odwiedzał więzienie na Kapitolu. W rozmowie z papieżem wszyscy skazani twierdzili, że są niewinni. Tylko jeden więzień ze skruchą przyznał, że został słusznie osadzony za złodziejstwo i zabójstwo. Na to wyznanie Leon XIII polecił zwolnić go natychmiast, puentując, ze obecność takiego złoczyńcy mogłaby zaszkodzić uczciwości pozostałych.

Wizyta kardynała Karola Wojtyły w jednej z podhalańskich parafii. Witająca przyszłego papieża gaździna, zamiast zwrócić się do kardynała tytułem "najdostojniejszy", pomyłkowo powiedziała:
"Witojcie nom najpsystojniezy księze kardynale". Z figlarnym błyskiem w oku kardynał odparł: "No, coś w tym jest".

Przed pielgrzymką Jana Pawła II do Polski w 1997 roku, oddział antyterrorystyczny dokładnie sprawdzał kościół garnizonowy, do którego miał zawitać papież. Jeden z policjantów zgłosił, że musi zajrzeć również do tabernakulum, na co ksiądz odparł:
- Nie trzeba przeszukiwać, tam mieszka tylko Pan Jezus.
- Proszę księdza, ale ja muszę sprawdzić, czy On jest tam sam!

W czasie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1999 roku, podczas homilii wygłoszonej w Toruniu w dniu 7 czerwca 1999 uczestnicy liturgii zaczęli spontanicznie śpiewać "Sto lat". W reakcji na to kardynał Stefan Wyszyński powiedział:
- Nie trzeba stawiać granic Bożej Opatrzności.

Jan XXIII usłyszał, jak jedna pani półgłosem skomentowała jego wygląd do stojącej obok niej kobiety: Jaki on jest gruby. Na te słowa papież odwrócił się i odparł: Moje panie, konklawe to nie konkurs piękności.

Jan XXIII wychowywał się w rodzinie chłopskiej. Znał doskonale realia życia i pracy rolnika. Pewnego razu Ojciec Święty powiedział:
- Istnieją trzy sposoby na to, aby się samemu wyniszczyć: kobiety, hazard i uprawa roli. Mój ojciec wybrał ten najnudniejszy sposób...

Amerykańska dyplomatka Klara Boothe Luce, niedługo po swoim nawróceniu została przyjęta na audiencji u papieża Piusa XII. W rozmowie z papieżem tak żarliwie wypowiadała się o prawdziwości wiary katolickiej, że Pius XII w pewnym momencie przerwał jej wpowiedź, żartując: Proszę pamiętać, że ja już jestem katoiikiem.

- Z księdza kardynała rosołu by nie było - stwierdziła pewna gaździna z Zakopanego na widok metropolity krakowskiego, ks kard. Franciszka Macharskiego.
- Byłby, ale musiałaby pani dołożyć jeszcze dwa kurczaki - odpowiedział kardynał.

Jeden z kardynałów rozpoznał swoje oblicze wśród potępionych na fresku "Sąd ostateczny" pędzla Michała Anioła. Udał się więc do papieża z prośbą o interwencję u mistrza. Papież, zgodnie z teologią, odparł:
- Gdyby Michelangelo przedstawił cię w czyśćcu, mógłbym coś dla ciebie zrobić. Ale do piekła władza moja już nie sięga.

Kard. Angelo Giuseppe Roncalli jako patriarcha Wenecji brał udział w uroczystej procesji, kiedy przelatująca nad godolą mewa ubrudziła jego kardynalski płaszcz. Wszysscy zamarli w bezruchu, nie wiedząc jak zareagować. Niezręczną ciszę przerwał przyszły papież Jan XXIII, który zażartował:
- Byłoby o wiele gorzej, gdyby fruwały krowy.

Kard. Angelo Giuseppe Roncalli jako nuncjusz apostolski we Francji został przedstawiony naczelnemu rabinowi Paryża na jednym z publicznych bankietów. Ich miłą rozmowę przerwała prośba, aby wszyscy goście przeszli do salonu. Rabin chciał przepuścić przodem kard. Roncallego, ale przyszły papież Jan XXIII odrzekł:
- Nie, nie, proszę napierw Stary Testament...

Czterech kolejnych papíeży drugiej połowy XVI w. zostało wybranych na głowę Kościoła w słusznym wieku - Paweł IV objął tron Piotrowy mając 79 lat, Pius IV - 60, Pius V - 62, a Grzegorz XIII - 70 lat. Mając na uwadze, iż dawniej średnia wieku była znacznie niższa, nie dziwi fakt, że wśród wiernych krążyła anegdota, iż biskupi celowo wybierają tak dojrzałych kandydatów, aby wszyscy pozostali mogli doczekać kolejnego konklawe.

Pewien Amerykanin źródło: "Habemus Papam", Paweł Zuchniewicz, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, str. 296 zapytał kard. Karola Wojtyłę, ilu polskich kardynałów jeździ na nartach. Kard. Wojtyła odpowiedział, że 40 procent. "Jak to - zdziwił się Amerykanin - przecież w Polsce jest dwóch kardynałów?" "Prymas liczy się za 60 procent" - odparł Wojtyła.

Znany francuski myśliciel źródło: "Habemus Papam", Paweł Zuchniewicz, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, str. 243-244 Emmanuel Mounier odwiedził przed II wojną światową Polskę, był też w Krakowie, gdzie spotkał się z kard. księciem Adamem Sapiehą. Co wy robicie, że u was są takie tłumy w kościołach? - Mounier zapytał kardynała. On sonne (dzwonimy) - brzmiała odpowiedź.

Kompozytor Józef Haydn, źródło: "Warszawska Gazeta", nr 43 (748), 22-28 października 2021 r., str. 19 najstarszy z trzech tzw. klasyków wiedeńskich, zapytał raz swoich przyjaciół:
- Zgadnijcie, kiedy mi się najlepiej pracuje?
Padały różne odpowiedzi:po mocnej kawie, po koniaku, po spacerze. Kompozytor wysłuchał, zaprzeczył i wyjawił:
Najlepiej pracuję po odmówieniu różańca. Ta modlitwa skupia mnie wewnętrznie. Po tej modlitwie melodie bogato i uszczęśliwiająco wypływają mi wprost z serca.

Jadący pociągiem z Lyonu do Paryża, źródło: "Warszawska Gazeta", nr 43 (748), 22-28 października 2021 r., str. 19 student uniwersytetu zajął miejsce obok skromnie ubranego mężczyzny. Zauważywszy, że ten modli się na różańcu, poradził:
- Niech Pan wyrzuci ten różaniec i poczyta lepiej, co nauka mówi o wierze w Boga. Proszę mi dać swój adres. Prześlę panu stosowną literaturę.
Mężczyzna wysłuchał młodzieńca, po czym podał mu swoją wizytówkę: "Ludwik Pasteur, Dyrektor Instytutu Badań Naukowych, Paryż".

- Jest coś nowego?, źródło: "Warszawska Gazeta", nr 21 (779), 27 maja-2 czerwca 2022 r., str. 18 - zapytał przeglądającego gazetę C. K. Norwida obecny przy tym przyjaciel.
- Owszem - odparł poeta.
- Co?
- Data.

W czasie jednej z rozmów, źródło: "Warszawska Gazeta", nr 21 (779), 27 maja-2 czerwca 2022 r., str. 18 dotyczącej osiągnięć techniki G. B. Shaw stwierdził:
- Teraz, kiedy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby. brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie.

Polski językoznawca źródło: "Warszawska Gazeta", nr 31 (789), 5-11 sierpnia 2022 r., str. 18, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kazimierz I. Nitsch, zwrócił się do sekretarki ważnego dyrektora:
- Chciałbym zobaczyć się z panem dyrektorem Dudkiem.
- Pana dyrektora Dudeka chwilowo nie ma - poprawiła profesora kobieta.
- To proszę podać mi stołeka, żebym mógł usiąść na dupeku i zaczekać na pana dyrektora Dudeka - odpowiedział Nitsch.

Szwedzki chemik źródło: "Warszawska Gazeta", nr 31 (789), 5-11 sierpnia 2022 r., str. 18, wynalazca m.in. dynamitu, fundator Nagrody Nobla, Alfred B. Nobel, dyktował notariuszowi testament w obecności służącego:
- ...Zaś mojemu służącemu, Franciszkowi, za wierną służbę zapisuję dziesięć tysięcy koron.
Słysząc to, obdarowany upuścił na podłogę i rozbił karafkę. Nobel dyktował dalej:
- ...po odciągnięciu trzech koron za stłuczoną karafkę.

Pewna dystyngowana kobieta, źródło: "Warszawska Gazeta", nr 33 (791), 19-25 sierpnia 2022 r., str. 18 spytała niemieckiego poetę Heinricha Heinego:
- Czy trudno nauczyć się języka francuskiego?
- To nic skomplikowanego - odpowiedział - trzeba tylko zamiast słów niemieckich używać francuskich.

Pewien krytyk, źródło: "Warszawska Gazeta", nr 33 (791), 19-25 sierpnia 2022 r., str. 18 zadał Józefowi Kraszewskiemu pytanie:
- Dlaczego pan tak dużo pisze? Przy tak wielkiej płodności powstają też nieudane dzieła, szkodzące pańskiemu imieniu.
- Bóg stworzył bardzo wielu nieudanych ludzi - odpowiedział pisarz - a jednak nie zaszkodziło to Jego imieniu.

Cesarz Franciszek Józef I, źródło: Stanisław Grodziski, "Franciszek Józef I, Wydawnictwo Zakład Narodowy i. Ossolińskich, Wrocław 1978, str. 133 lubił polować. Ubierał się wtedy zawsze w krótkie spodnie, skórzaną kurtę i tyrolski kapelusz z piórem. Zdarzyło się raz, że w towarzystwie króla saskiego Alberta oraz arcyksięcia Toskany zapędził się zbyt daleko w góry i zabłądził. Dopiero przypadkowo napotkany chłop przyjął ich na swoją furę i wywiózł na znaną drogę. Wówczas Franciszek Józef, by mu sprawić satysfakcję, powiedział:
- Wiecie, kogoście podwieźli? Ja jestem cesarz Austrii, a to król saski i arcyksiąże toskański!
- Ha, ha - roześmiał się chłop - to doskonale, bo ja jestem cesarz chiński!

Mistrzu, dawno pana nie widziałem. , źródło: "Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach", opracowanie zbiorowe, Videograf, 2012 Czy pan był chory? - zapytał Beethovena znajomy.
- Ja nie - odpowiedział kompozytor - lecz moje buty, a ponieważ mam tylko jedną parę, w czasie ich kuracji siedziałem w domu.

Krakowski dziennikarz źródło: "Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach", opracowanie zbiorowe, Videograf, 2012 Leszek Mazan, znany z roztargnienia, postanowił kupić kapelusz. Po przymierzeniu kilku podał sprzedawcy wybrany model, mówiąc:
- Ten kapelusz odpowiada mi najbardziej.
- Nie dziwię się - skwitował wybór sprzedawca - bo to jest ten, w którym pan przyszedł...

Śmiech to zdrowie!

powiedzeniekrótka, zwięzła wypowiedź, często o charakterze przysłowia, zawierająca jakąś myśl ogólną, morał, sąd o czymś itp.; aforyzm

Refleksja nad człowiekiem i światem, który nas otacza

Mądrość w formie błyskotliwych powiedzeń

Na tej stronie gromadzone są okruchy mądrości dotyczącej mniej poważnych tematów, sformułowane w zabawny i błyskotliwy sposób, często w postaci ironicznych powiedzeń. Również one moga być inspiracją do zadumy nad życiem człowieka i światem.

  1. Rodzynka - stroskane winogrono.
  2. Twarz: to, co wyrosło dokoła nosa.
  3. Pchła - owad, co zeszedł na psy.
    {Julian Tuwim, 1894-1953}
  1. Śnieg - woda w proszku.
    {Sławomir Mrożek, 1930-2013}
  1. Łupież: kurz na drodze myśli.
  2. Gaduła: samogrający instrument dęty.
  3. Czas pracuje na trzy zmiany.
  4. Dzwonek budzika: czas do ciebie telefonuje.
    {Ramón Gómez de la Serna, 1888-1963}
  1. Sceptyk - człowiek, który nie domyśla się niczego.
    {Paul Claudel, 1868-1955}
  1. Pieniądze szczęścia nie dają, lecz każdy chce to sprawdzić osobiście.
    {Stefan Kisielewski, 1911-1991}
  1. Ludzie stają się konserwatystami po obiedzie.
    {Ralph Waldo Emerson, 1803-1882}
  1. Od czasu do czasu należy odpocząć od nieróbstwa.
    {John Fitzgerald Kennedy, 1917-1963}
  1. Telewizor to tryumf maszyny nad człowiekiem.
    {Fred Allen, 1894-1956}
  1. Telewizja jest jedynym środkiem nasennym, podawanym do oczu.
    {Vittorio de Sica, 1901/1902-1974}
  1. Mężczyzna, któremu się wiedzie, to taki, który zarabia więcej, niż jego żona jest w stanie wydać.
    {Oskar Wilde, 1854-1900}
  1. Mężczyzna może dopóty kochać dwie kobiety, dopóki jedna się nie zorientuje.
    {Sidonie-Gabrielle Colette, 1873-1954}
  1. Jeśli piękna kobieta chwali urodę innej kobiety, widać ma ładniejsze to, co chwali u tamtej.
  2. Kobieta zalotna sądzi, że czas i lata pokrywają zmarszczkami i niszczą twarze tylko innych kobiet.
  3. Kobieta, która patrzy na jednego tylko mężczyznę albo na jednego tylko nie patrzy – nasuwa te same podejrzenia.
  4. Zdarza się często, że kobieta ukrywa przed mężczyzną wszystko, co do niego czuje, gdy on ze swej strony udaje wszystko, czego nie czuje.
    {Jean de La Bruyère, 1645-1696}
  1. Dowcip jest bronią, ale nie należy karać za nielegalne posiadanie dowcipu.
    {Antoni Słonimski, 1895-1976}
  1. Kto ma dobrą pamięć, temu łatwiej o wielu rzeczach zapomnieć.
    {Stanisław Jerzy Lec, 1909-1966}
  1. Przy białym winie myśli się o głupstwach, przy czerwonym winie mówi się głupstwa, przy szampanie robi się głupstwa.
    {Henry Vidal, 1919-1959}
  1. Popularność jest karą, która wygląda jak nagroda.
    {Ingrid Bergman, 1915-1982}
  1. Uroda to weksel honorowany na całym świecie za okazaniem.
    {Giacomo Girolamo Casanova, 1725-1798}
  1. Wszystko na świecie zużywa się - tylko język kobiety nigdy.
    {Jean Cocteau, 1889-1963}
  1. Małżeństwo, jak każda sztuka, nie może się obejść bez scen.
    {Jerzy Jurandot, 1911-1979}
  1. Kobieta nie goni za mężczyzną, bo kto widział, żeby pułapka goniła mysz.
  2. Marzenie kobiety: mieć stopę wąziutką, a żyć na szerokiej.
    {Julian Tuwim, 1894-1953}
  1. Gdy kobieta nie ma racji - trzeba ją przeprosić.
    {Wiktor Hugo, 1802-1885}
  1. Lustro to najlepsze miejsce dla ogłoszeń, żeby wpadły w oko kobiety.
    {James Joyce, 1882-1941}
  1. Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy.
    {Marylin Monroe, 1926-1962}
  1. Kto ma dużo przyjaciół, nie może mieć zaszytej kieszeni.
    {William Szekspir, 1564-1616}
  1. Zazdrość to cień miłości. Im większa miłość, tym dłuższy cień.
  2. Dziewczyna to piec, w którym powoli piecze się baba.
    {Magdalenia Samozwaniec, 1894-1972}
  1. Wariat: człowiek cierpiący na dużą niezależność intelektualną.
    {Ambrose Bierce, 1843-1913/1914}
  1. Abstynent - czlowiek niepociągający.
  2. Jedynym miejscem familijnej zgody bywa zazwyczaj grób rodzinny.
    {Karol Dusza}
  1. Abstynent jest postrachem bufetu.
    {Antoni Regulski,1935-}
  1. Pociąg do alkoholu - wykoleja.
    {Robert Karpacz, 1930-}
  1. Nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą.
  2. Mężczyzna pozostaje zazwyczaj bardzo długo pod wrażeniem, jakie pozostawia na kobiecie.
    {Julian Tuwim, 1894-1953}
  1. Mężczyzna wybiera - kobieta decyduje.
    {Andrzej Klawitter, 1952-2019}
  1. Ten, kto żeni się dla pieniędzy, ma przynajmniej rozsądny powód.
    {Gabriel Laub, 1928-1998}
  1. Kobiety prowadzą z mężczyznami wojnę, w której ci ostatni mają tę wielką przewagą, że DZIEWCZYNY są po ich stronie.
    {Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort, 1741-1794}
  1. Tak małżeństwo, jak i śmierć winniśmy witać z otwartymi ramionami. Pierwsze obiecuje szczęście, drugie bez wątpienia je zapewnia.
    {Mark Twain, 1835-1910}
  1. Młodzi ludzie chcą być wierni, a nie są, starzy chcą być niewierni, a nie mogą.
    {Oskar Wilde, 1854-1900}
  1. Kobieta nazywa sukcesami wszystkie swoje kapitulacje.
    {Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort, 1741-1794}
  1. Kobieta jest cudem boskim, szczególnie jeśli ma diabła za skórą
  2. Od dawna zauważyłem, że żony rogaczy nie odznaczają się zazwyczaj wiernością.
  3. Dobrą stroną życia w biedzie jest to, że nie trzeba się bać złodziei.
  4. Najtrudniejszy jest koniec miesiąca. Zwłaszcza trzydzieści ostatnich dni.
  5. Pieniądze ułatwiają znoszenie ubóstwa.
  6. Nie potrafię powiedzieć, w jakim jestem wieku, ciągle się zmienia.
  7. Leniwy: człowiek, który nie udaje, że pracuje.
  8. Szczyt podobieństwa: móc się ogolić przed swym portretem.
  9. Szczyt roztargnienia: zgubić się w tłumie i przekazać policji swój rysopis.
    {Alfons Allais, 1854-1905}
  1. Zakaz - najlepsza propaganda!
  2. Alimenty - tarapaty taty.
    {Jan Izydor Sztaudynger, 1904-1970}
  1. Na ogół mężczyźni nie wychowują dzieci. W najlepszym wypadku oddają raz na miesiąc pewną ilość pieniędzy na ten cel.
    {Sławomir Mrożek, 1930-2013}
  1. Najsmutniejszą chwilą w nauce jest śmierć pięknej hipotezy, zamordowanej przez obrzydliwe fakty.
    {Tomasz Henryk Huxley, 1825-1895}
  1. Kiedy kobieta ciągle odrzuca zaloty mężczyzny, który od lat pragnie jej bezgranicznie, robi to tylko dlatego, że nie chce rozczarować swojego szlachetnego adoratora.
    {Peter Altenberg, 1859-1919}
  1. Czy się ożenisz czy nie, będziesz żałował swego wyboru.
    {Sokrates, ok. 470-399 rok p.n.Chr.}
  1. Aby być szczęśliwym z mężczyzną, trzeba go bardzo dobrze rozumieć i trochę kochać. Aby być szczęśliwym z kobietą, trzeba ją bardzo kochać i w ogóle nie próbować zrozumieć.
    {Witold Zechenter, 1904-1978}
  1. Z kobietą nie ma żartów - w miłości czy w gniewie.
    Co myśli, nikt nie zgadnie; co zrobi nikt nie wie.
    {Aleksander Fredro, 1793-1876}
  1. Definicja
    Narzeczeństwo to przymiarka
    I do łoża, i do garnka.
    {Janusz Sipkowski, 1943-}
  1. Ten, co budzi się w łóżku, do którego się nie kładł, niech natychmiast sprawdzi swoją tożsamość.
    {Stanisław Jerzy Lec, 1909-1966}
  1. Kobieta jest tym wszystkim, co Bóg zabrał mężczyźnie, ale czego mu nie odmówił.
  2. Prawdziwego mężczyznę poznaje się po kobiecie.
  3. Piękno, które jest gładkie i gorące nazywa się kobietą.
  4. Bywają kobiety warte grzechu - i niczego więcej.
  5. Małżeństwo to jest takie coś, co powstaje na gorąco, a trwa na zimno.
  6. Urocza kobieta jest urokiem, czarująca – czarem, mądra – mądrością, ale tylko kochana jest wszystkim.
  7. W małżeństwie każda zaleta jest podwójna, lecz każda wada – dziesięciokrotna.
  8. Żona to zło konieczne, ale niekoniecznie złe.
    {Władysław A. Grzeszczyk, 1953-}
Śmiech to zdrowie!

  1. (łac. satura) – gatunek literacki lub publicystyczny łączący w sobie epikę, lirykę i dramat (także inne formy wypowiedzi) wywodzący się ze starożytności (pisał je m.in. Horacy), który ośmiesza i piętnuje ukazywane w niej zjawiska, obyczaje, politykę, grupy lub stosunki społeczne. Prezentuje świat poprzez komiczne wyolbrzymienie, ale nie proponuje żadnych rozwiązań pozytywnych. Cechą charakterystyczną satyry jest karykaturalne ukazanie postaci. Istotą satyry jest krytyczna postawa autora wobec rzeczywistości, ukazywanie jej w krzywym zwierciadle.
  1. (wł. caricatura) – świadomie przedstawienie osoby, zjawiska lub przedmiotu w sposób zdeformowany, które ma na celu podkreślenie negatywnego charakteru elementów, właściwości, cech. Do osiągnięcia tego celu stosuje się hiperbolę, niektóre rzeczy i zjawiska mogą być natomiast pominięte lub uproszczone.
    Terminem tym określa się także dzieło zawierające właśnie takie przedstawienie. Często jest to rysunek (zazwyczaj portret), rzadziej rzeźba (np. karykatury autorstwa Józefa Gosławskiego). Także forma literacka, gdzie sposób przedstawienia postaci literackiej, polega na wyolbrzymieniu i pełnym przesady wyjaskrawieniu pewnych cech jej wyglądu zewnętrznego lub postawy wobec życia, mający na celu ośmieszającą charakterystykę. Karykatura jest jednym z uprzywilejowanych instrumentów satyry.
    Słowo karykatura jest także używane na określenie zniekształcenia, wykrzywienia właściwego, naturalnego charakteru kogoś lub czegoś (deformacja).

Jeżeli masz ochotę równocześnie słuchać utworu "One Angel's Hands" wykonywanego na fortepianie przez Marka Salona, ...

Karykatury Kazimierza Grusa

Kazimierz Grus (Kazio, Kaźo) (1855-1955) to karykaturzysta, rysownik i ilustrator książek, znany przed II wojną światową i w pierwszej połowie XX wieku, ale dzisiaj - niestety - zapoznany, a warty przypomnienia, być może również dlatego, że jako artysta niezależny politycznie nie chciał się włączyć w nurt obowiązującej wówczas propagandy i od początku lat 50. XX w. nie mógł publikować. Był wrażliwym, wszechstronnym twórcą i bacznym obserwatorem życia. Jego twórczość nie ogranicza się do rysunku. Napisał m.in. wierszowany tekst do książki Bronisławy Ostrowskiej pt. "Szklana Góra" oraz wiersz pt. "Gdzie jest Hitler?".

Kazimierz Grus: 250 razy Mały Kazio

Poniżej zaprezentowano próbki stylu rysunków Kazimierza Grusa. Pierwsze siedem ilustracji jest wynikiem kwerendy w sieci. Pozostałe rysunki pochodzą z książki pt. "250 razy Mały Kazio", wydanej przez Wydawnictwo "Karuzela" w roku 1957. Książka ta zawiera prace z cyklu "Mały Kazio", rysunki ilustrujące frazeologizmy widziane oczyma dziecka, w którym żart rysunkowy, dowcip sytuacyjny i przezabawna żonglerka kalamburami ujęte zostały w typowo grusowskiej formie. źródło: wstęp Mieczysława Jagoszewskiego do książki "250 razy Mały Kazio"

1 / 12
Lato - rysunek wykonany jedną linią
Lato - rysunek wykonany jedną linią
2 / 12
"Polowanie", ilustracja do książki "Na srogim lwie", 1949 r.
Polowanie, ilustracja do książki "Na srogim lwie", 1949 r.
3 / 12
"Dlaczego zwierzęta giną na świecie", ilustracja do książki "Na srogim lwie", 1949 r.
Dlaczego zwierzęta giną na świecie, ilustracja do książki "Na srogim lwie", 1949 r.
4 / 12
Niech Pan patrzy jak ta wełna na mnie wygląda..., lata 40/50 XX w., rysunek satyryczny do czasopisma Szpilki nr 51
Niech Pan patrzy jak ta wełna na mnie wygląda..., lata 40/50 XX w., rysunek satyryczny do czasopisma "Szpilki" nr 51
5 / 12
"Poranna toaleta", ilustracja satyryczna do czasopisma "Mucha", lata 50. XX w.
Poranna toaleta, ilustracja satyryczna do czasopisma "Mucha", lata 50. XX w.
6 / 12
Jak poradzić sobie w dziczy..., ilustracja satyryczna, lata 50. XX w.
Jak poradzić sobie w dziczy..., ilustracja satyryczna, lata 50. XX w.
7 / 12
Obronny motyw - ilustracja satyryczna, lata 50/60. XX w.
Obronny motyw - ilustracja satyryczna, lata 50/60. XX w.
8 / 12
Mały Kazio-1
250 razy Mały Kazio
9 / 12
Mały Kazio-2
250 razy Mały Kazio
10 / 12
Mały Kazio-3
250 razy Mały Kazio
11 / 12
Mały Kazio-4
250 razy Mały Kazio
12 / 12
Mały Kazio-o
250 razy Mały Kazio



Kazimierz Grus w anegdocie

O osobowości Kazimierza Grusa mówią też anegdoty, m.in. te poniższe.

Kiedyś, w słynnej warszawskiej restauracji nocnej "Adria", Grus wdał się w jakąś awanturę z generałem Bolesławem Wienawą-Długoszowskim. Z jednej strony piękny generał w mundurze i przy orderach, z drugiej - łysy cywil. Grus, żeby nie być oskarżonym o obrazę munduru, zwrócił się do Wieniawy:
- Pogadamy generale, jak obydwaj będziemy w gaciach.

Kiedy pewnego razu Grus przyszedł na cotygodniowe zebranie rysowników w redakcji "Szpilek", redaktor naczelny skłonił się przed nim i zaanonsował:
- Oto Kazimierz Grus, nestor satyry polskiej, tylko 10 lat młodszy od Jerzego Zaruby.
Na to Grus, który w rzeczywistości był starszy od Zaruby o 6 lat, powiedział:
- Mógłbym być ojcem Jerzego, ale nie chcę...!